Logo  
Menu
- Odpowiedz
- Spis wątków
- Napisz nowy wątek
- Spis kategorii
- Szukaj
- Zaloguj się
- Przypomnij mi moje hasło!
- Zarejestruj się
- tenjaras.pl

 
Wszyscy tu jesteśmy, ponieważ nam wszystkim czegoś brakuje.
Administratorzy i moderatorzy tego forum podejmą starania mające na celu utrzymanie porządku, usuwania wszelkich materiałów
uznawanych za obraźliwe, niezgodne z prawem, oraz nie pozostające w zgodzie z celem tego forum.
Takie wpisy będą usuwane bez ostrzeżenia, a wobec autorów naruszających prawo mogą być podjęte procedury prawne.
Na forum każdy ma prawo do własnego tematu, w którym będzie pisał o swoich doświadczeniach.
Administratorzy i moderatorzy mają obowiązek zadbania o poczucie bezpieczeństwa na forum.
W odpowiedziach piszemy na temat. Nie krytykujemy i nie oceniamy innych, nie udzielamy rad,
piszemy tylko o własnych doświadczeniach, poglądach i przeżyciach w sytuacjach podobnych do
przedstawionych przez innego uczestnika forum.
Miejmy na uwadze, że administratorzy i moderatorzy nie są w stanie weryfikować każdego wpisu,
oraz nie sprawują nad wpisami stałego nadzoru i nie odpowiadają za ich treść.
Nie gwarantują też prawdziwości, czy aktualności zamieszczanych tu informacji.
Wpisy kreują wizerunek poszczególnych użytkowników, niekoniecznie zaś wizerunek całego forum dyskusyjnego.



Forum u Jarasa » Wiedza na temat » Asertywność »

Strony, które warto odwiedzić
Wszystkie fora czyta aktualnie 1 osób
» Dodaj swoją reklamę «
- r e k l a m a -

Ostatnia wiadomość w wątku: 2013-09-19 23:45:28 napisana przez ^Zoja
Pokaż ostatnią wiadomość

Wyświetlam 24 wiadomości na 3 stronach [<<< 1 2 3 ]
^marianna
Użytkownik lokalny

marianna

Napisanych postów: 5664
Ostatni post: 2013-08-24 20:56:27


Napisz e-mail do autora Napisz prywatna wiadomosc do tego autora
1. RE: Asertywność Odpowiedz
2012-02-07 19:56:16 | URL: #
    postanowiłam wkleić coś, co moze pomóc w relacjach w pracy. Może nam się przyda?



Toksyczni ludzie
(jak się przed nimi bronić w domu, w pracy, w towarzystwie)
Pierre Haineault


Rozdział 1

TRUDNE RELACJE W PRACY


Większość z nas spędza olbrzymią część swego aktywnego życia w pracy – tak naprawdę znacznie więcej niż w rodzinie. Wiadomo, że aby w ogóle aspirować do szczęścia, trzeba znaleźć dziedzinę, w której czujemy się spełnieni. Równie jednak ważne jest zbudowanie dobrych stosunków z ludźmi, z którymi mamy do czynienia codziennie, przez długie lata.

Być może powyższe twierdzenie nie jest już w naszych czasach aż tak prawdziwe jak dawniej, ponieważ niewiele osób spędza całe życie w jednej instytucji. Nowe uwarunkowania wymagają, byśmy częściej zmieniali stanowisko, pracodawcę, kolegów, czy wręcz zawód. Nieważne! Nawet najkrótsza umowa może okazać się katorgą, jeżeli w pracy panują trudne stosunki. Nie zapominajmy, że kontakty międzyludzkie to podstawa większości dziedzin naszej aktywności. Jeżeli układają się nieprzyjemnie, są trudne i niepokojące, może się to odbić nie tylko na naszej pracy, ale nawet na zdrowiu psychicznym. Powiesz może, ze to nie twoja wina, jeśli nieustannie masz do czynienia z toksycznym typem człowieka. Nie twoja! Ale twoim obowiązkiem jest nie poddawać się ludziom nieodpowiedzialnym, nieuprzejmym czy źle zorganizowanym, bo prędzej czy później przyniosą oni szkodę twojej najgłębszej istocie. Musisz wypracować techniki i odruchy, dzięki którym mimo niesprzyjającego otoczenia zachowasz skuteczność i dobry nastrój.


Wszystko powinno zaczynać się od szacunku

Jakiekolwiek jest twoje stanowisko i ranga, masz prawo do szacunku. Uznaj od dzisiaj, że to minimum należne ci od każdej osoby, która odezwie się do ciebie w pracy – ale nie za każdą cenę. Jeżeli już dawno pozwoliłaś, żeby traktowano cię jak numer albo jak mebel, powiedz sobie, że popełniłaś błąd, jednak nie jest jednak za późno, by dążyć do czegoś lepszego. Przyznasz, że są takie ranki, kiedy masz ochotę rzucić wszystko w diabły i wyjechać gdzieś daleko…

Czy przyszło ci kiedyś do głowy, że gdyby twoje stosunki z otoczeniem były zdrowsze, to nagle zniknęłaby połowa sytuacji, w których jesteś rozczarowana i masz poczucie straty czasu? Przestań myśleć, że nie masz wpływu na stosunki w pracy, i spróbuj uczynić je przyjemniejszymi. Najważniejsze to przystąpić do działania, a wtedy mogą cię spotkać różne niespodzianki!

Nie wpadaj już więcej w przygnębienie dlatego, że jakaś osoba nigdy nie odpowiada na twoje „zień dobry”. Masz rację, źle reagując na taki brak szacunku. Osoba, która cię ignoruje (a zapewne ignoruje jeszcze wielu innych), postępuje źle i niszczy cudzą energię. Pewnie jakiś czas temu przestałaś się jej kłaniać. Spróbuj znowu – ot tak, żeby zobaczyć, co się stanie. Być może już sam efekt zaskoczenia będzie tak silny, że usłyszysz odpowiedź na pozdrowienie. To będzie dzień, w którym wygrasz pierwszą połowę ważnego meczu. Sama stwierdzisz, że jego znak zmienił się z minusa na plus – dzięki pozytywnej sile, którą sama wprowadziłaś. Jeżeli reakcji nie będzie, nie rezygnuj. Przecież chodzi o podstawową zasadę dobrego wychowania, obowiązującą bez wyjątku wszystkie istoty powyżej trzeciego roku życia. Masz prawo wymagać jej przestrzegania. Być może na razie odnosisz wrażenie, że zachowujesz się jak żebrak i to cię brzydzi. Żeby nie zrezygnować i znaleźć energię do kontynuowania ćwiczeń, powinnaś myśleć w perspektywie średnio – i długoterminowej. Zapewne z czasem wygrasz dodatkową nagrodę w postaci podziwu osoby, którą zmusisz w końcu do wyjścia z jaskini człowieka prehistorycznego. Już wkrótce to ona pierwsza będzie cię pozdrawiać.
Niczego się nie bój. Co ci się może stać? Przecież nikt nie ośmieli się wyrzucić ciebie z pracy za to, że mówisz dzień dobry do szefa czy kolegi. To ty dzierżysz grubsza stronę kija, więc się nią posłuż. Być może już taka zwykła zmiana postawy pociągnie za sobą wiele innych przemian…

Szacunek należny ci po prostu jako istocie ludzkiej powinien być widoczny w tym, jak ktoś się do ciebie odzywa lub o coś cię prosi. Elementarna grzeczność wymaga pewnych stosowania pewnych zwrotów. Niestety z całkowicie nieuzasadnionych przyczyn w środowiskach zawodowych często dochodzi do poważnego naruszania jej zasad. Z powodu złych nawyków albo nadużywania władzy wielu ludzi pozwala sobie na różne nieprzyjemne gierki pod pretekstem pośpiechu – masz pełne prawo odmówić udziału w takiej grze. Nikt nie jest upoważniony do tego, by traktować cię niegrzecznie, bezczelnie czy wręcz chamsko. Jeżeli sobie na to pozwala, ty pozwól sobie na otwartą reakcję, zamiast tłumić gorycz przez cały dzień, tydzień czy nawet rok!
Każdy człowiek podświadomie ma ochotę odpłacić pięknym za nadobne – przyjąć wobec tych, którzy go krzywdzą, dokładnie taką samą postawę. Takie działanie rzadko przynosi dobre skutki. Najczęściej zaostrza tylko istniejące problemy i tworzy nowe. Jeżeli twoje najgłębsze życzenie polega na tym, by z możliwie najmniejszymi obrażeniami wyjść z sytuacji nieporozumienia, nie obieraj takiej taktyki. Dzięki temu unikniesz błędnego koła negatywności, które mogłoby cię zaprowadzić Bóg wie gdzie.
Nastawiaj się raczej na komunikowanie zasadniczej treści tego, co masz do przekazania, używając słów „ty”, „pan”, „pani”. Zamiast powiedzieć: „Sprawia mi pan przykrość, gdy tak ostrym tonem prosi o zrobienie kopii”, osiągniesz więcej, mówiąc: „Jest mi przykro, gdy…”, lub „czuję się nieprzyjemnie, gdy…”. Wtedy będzie jasne, że mówisz o swoich emocjach, o swojej reakcji na wydarzenia, a nie atakujesz rozmówcy. Istnieje szansa, że wówczas zwyczajnie cię przeprosi, zamiast podejmować próbę obrony.


Kłopoty, które nigdy się nie kończą

Niektórzy mają naprawdę ciężkie życie. Znałem faceta, który miał tyle kłopotów, że nigdy nie mógł dotrzeć na czas do pracy, ani na wyznaczone spotkanie. Tak bardzo martwił się tymi kłopotami, że „zapominał” oddać sprawozdanie, „oddelegowywał” znaczną część obowiązków i w końcu okazywało się, że większość jego zadań musieli wykonać inni. Miał przecież tyle kłopotów! W ciągu jednego tygodnia mogło mu się przydarzyć zapalenie gardła, jego psa potrącił samochód (pies nie zdechł, ale był tak poturbowany, że pan musiał wracać wcześniej do domu, żeby mu zmieniać opatrunek), urząd podatkowy „uwziął się” na niego, a gdy na moment źle zaparkował, założono mu blokadę na koło. Nie wierzysz? A ja, kolega z tego samego wydziału, który nadrabiał jego zapomnienia, spóźnienia i nieobecności, szczerze mu wierzyłem… Jakim cudem tacy ludzie mogą sądzić, że otoczenie nabiera się na ich historie?
Można uwierzyć człowiekowi, na którego pierwszy raz w życiu spadła taka „czarna seria”. Ostatecznie można uwierzyć i w drugą. Ale przecież nie jest tak, że życie pastwi się wiecznie nad tym samym człowiekiem. Poza tym inni też mają swoje małe, codzienne problemy do załatwienia. Zazwyczaj rozprawiają się z nimi, robiąc, co do nich należy bez naprzykrzania się całemu światu. Wszyscy powinni się tego nauczyć.

Nie bój się konfrontacji z tymi, którzy zatruwają ci życie swoimi kłopotami, niepozwalającymi im dotrzymywać podjętych zobowiązań. Przede wszystkim nie pozwól im myśleć, że dałaś się nabrać, bo natychmiast wykorzystaliby te okazję ze szkodą dla ciebie. Masz już dosyć łatania dziur, pracy za dwoje, przymykania oczu? Żeby to się skończyło, musisz dać im do zrozumienia, że sytuacja stała się nie do przyjęcia. Zrób to w momencie, kiedy jeszcze panujesz nad swoimi emocjami. Nie czekaj, aż zawładnie tobą gniew, bo to zły doradca. Na pewno wiesz, że trudno cokolwiek pozytywnie załatwić w takim stanie.

Taktykę zaplanuj zależnie od stopnia zażyłości, jaka cię łączy z daną osobą, jak też stosownie do waszych miejsc w strukturze organizacyjnej przedsiębiorstwa. To oczywiste, że nie będziesz się zwracać tak samo do szefa jak do podwładnego. Kiedy jednak mówimy pewne rzeczy spokojnie, przekazując prawdę i tylko prawdę, bez przesady i wyolbrzymiania, najczęściej wszystko się udaje. Naturalnie, człowiek, do którego się zwracamy, jest skonfrontowany z samym sobą, ze swoimi brakami i przywarami. Został zdemaskowany, ktoś go rozpracował. Na pewno nie jest to dla niego miłe. Często będzie starał się zaprzeczyć albo uciec od ciebie. Może również próbować cie ośmieszyć. Usłyszysz wtedy: „No, właśnie, właśnie!”. Nie daj się zbić z tropu. Postaraj się być dobrym graczem i ułatw mu zadanie swoją subtelnością i dyplomacją. Postępuj tak, by stworzyć klimat sprzyjający zdrowej dyskusji.


Złodzieje uznania

Wszystko zrobiłaś sama, to ty jesteś głównym wykonawcą projektu. Nadszedł czas, by zebrać owoce tej pracy, zyskać uznanie – a tu raptem znajduje się inny ojciec sukcesu. Czujesz upokorzeni, frustrację, a nawet, jeśli się dobrze zastanowić, wściekłość. Taka sytuacja jest równie nieprzyjemna, co częsta. Nie przejmuj się, to uzasadnione, że odbierasz coś takiego jak policzek. Ale czy pozwolisz, by podobny dyshonor spotkał cię przy kolejnej okazji? Zastanów się przez sekundę. Dlaczego miałabyś się zgodzić, by ktoś inny zebrał pochwały za twój dobry uczynek czy świetną pracę? To niedopuszczalne. I właśnie dlatego powinnaś swobodnie stanąć do konfrontacji z osobą, która kradnie ci blask, bo sama chce nim świecić. Absolutnie musisz położyć kres takim sytuacjom, zanim wszyscy pomyślą, że ona pracuje, a ty jesteś skończonym leniem.

Zanim staniesz przed osobą, która prowadzi tę nieprzyjemną grę, przygotuj plan działania. Nie przychodź bez przygotowania, bo ryzykujesz przegraną. Tacy ludzie są zazwyczaj szczwanymi manipulatorami i jednym ruchem potrafią zniwelować całą górę problemów, z którymi przyszłaś – zanim zdążysz wyrazić choćby część swoich przemyśleń. Szybko i sprawnie odsuwają cię od sedna twoich obaw, starają się zająć czymś innym, przejść na inny temat czy wręcz schlebiać ci na wszelkie możliwe sposoby. Zachowaj czujność . Nalegaj, żeby pozwolono ci mówić; przejmuj kontrole nad tą chwilą i utrzymuj ją, aż będziesz mieć pewność, że powiedziałaś wszystko, co miałaś do powiedzenia. Jeżeli już próbowałaś tej taktyki i dzisiaj po raz kolejny stykasz się z podobną sytuacją, której ciągle jest winna ta sama osoba, masz być może do czynienia ze szczególnie ciężkim przypadkiem. Powinnaś wykazać się odruchami obronnymi na miarę sytuacji. Nie wahaj się wyciągnąć z rękawa swoich asów czasami przychodzi taka chwila, kiedy publiczna konfrontacja i upokorzenie z nią związane stają się jedynym lekarstwem na uporczywą chorobę (choć człowiek zawsze ich unika, dopóki może). Nie trzeba spektakularnych scen ani głośnych wybuchów – kilka zręcznie przemyconych do konwersacji słów może mieć potężną siłę rażenia. Zwykle przypomnienie faktów czy zrobiona od razu, na gorąco „korekta” wypowiedzi tej osoby, mogą wystarczyć do ujawnienia prawdy. Koledzy dowiedzą się, że to tobie należą się gratulacje, a przy okazji nauczą się czegoś o osobowości pyszałka, który z kolei zapamięta, że nie z tobą takie gry…
Nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś potem spróbowała nawiązać konstruktywny dialog z człowiekiem, który doprowadził cię do ostateczności. Wytłumacz mu, że bardzo się starałaś uniknąć tego rodzaju sytuacji, lecz w końcu nie miałaś wyjścia.
Przypomnij mu cały wysiłek włożony w projekt, to ze był dla ciebie ważny, i że nie mogłaś się zgodzić, by on przypisał sobie wszystkie zasługi. Powiedz, że czułaś wielki gniew, ale się pohamowałaś, żeby go całkiem nie skompromitować. Dodaj, że już więcej nie będziesz akceptować takich zachowań, jeżeli jednak jest gotów wziąć z tobą udział w następnym projekcie, z przyjemnością będziesz dzielić z nim honory, kiedy nadejdzie na nie odpowiedni moment. Być może zamiast wroga zyskasz sprzymierzeńca w osobie, której jeszcze wczoraj wcale byś o to nie podejrzewała.


Oportuniści

Często są to ci sami ludzie, którzy lubią przypisywać sobie cudze zasługi. W przedsiębiorstwie okazują się zazwyczaj najmniej wydajnymi pracownikami. Muszą koniecznie czegoś dowieść, tylko czego? Nie mają własnych osiągnięć, którymi mogliby się pochwalić, nie stworzyli żadnego znaczącego projektu, więc szukają w cudzym ogródku. Nie pozostaje ci nic innego jak pracować tak, żeby wszyscy zawsze wiedzieli, co robisz i ile jesteś warta. Nie ma potrzeby, żebyś paradowała po korytarzach ze swoimi dziełami pod pachą, ale możesz uświadomić innym swoją wartość, nie wpadając przy tym w pretensjonalność i pychę.

Twoi szefowie zresztą pewnie wiedzą, jak dobrym jesteś pracownikiem. Jeżeli nie, kryje się w tym autentyczne niebezpieczeństwo, bo chwalipięta może ich omamić swoją gadaniną. Najwyższy czas, żebyś przystąpiła do działania. Oportuniści nie zawahają się ani przez sekundę, mogąc zająć lepsze miejsce niż ty. Ostatecznie potrafiliby nawet doprowadzić do wyrzucenia cię z pracy. To z powodu takich jak oni, we wszystkich środowiskach zawodowych pełno jest ludzi niekompetentnych. Dużo mówią, a mało robią, zręcznie potrafią wepchnąć się na eksponowane miejsce – i tylko nie wiedzą, co dalej. Tymczasem ty już jesteś na bezrobociu, a oni nie mogą korzystać z twojej pracy.

Oportuniści to także mądrale, które się na wszystkim znają, podejmą każde wyzwanie, wszystko potrafią, nie ma z nimi żadnych problemów. Nie ma problemów, bo przy najbliższej okazji przerzucają je na ciebie. W ten sposób trzymają fason wobec otoczenia i sprawiają wrażenie, że są panami sytuacji. Spróbuj jednak choć raz poprosić, żeby zrobili to, co obiecali: najczęściej nie są w stanie. Nie są też w stanie przepuścić żadnej okazji do zarobienia pieniędzy…
Tacy ludzie często zajmują kierownicze stanowiska i dobrze radzą sobie w interesach, jeśli tylko uważają, by nie wyjść poza pewną granicę, której przekroczenie mogłoby zaszkodzić ich reputacji. Trzeba wiedzieć, że świat biznesu akceptuje nieczysty sposób działania, ale tylko do pewnego punktu. Niebezpiecznie robi się w momencie, gdy przyjęta konwencja nie uwzględnia szacunku dla jednostki, kiedy „robne kłamstwo” staje się zdradą i nielojalnością. Jeśli oportunizm posuwa się zbyt daleko, musi zostać napiętnowany. Jeżeli sama znajdziesz się we władzy człowieka, który nie dotrzymuje słowa, jesteś całkowicie uprawniona do tego, by uprzedzić jego ewentualne ofiary. Ale uważaj na siebie! Oportuniści zażarcie będą bronić swojego miejsca pod słońcem, okazując przy tym mało skrupułów. Pilnuj się, żeby nie wpaść w pułapkę.

Pamiętaj między innymi o tym, że ty też masz prawo do swojego miejsca pod słońcem, i że nikt nie może cię zmuszać do pozostawania w cieniu. Jeżeli niektórzy próbują usunąć cię w cień, robią to zapewne dlatego, że stanowisz dla nich niebezpieczeństwo – a w takim razie jesteś coś warta! To kolejny powód, żeby już dłużej nie pozwolić się zastraszać. Na pewno najlepiej odpowiesz oportunistom, starając się osiągnąć swoje cele na drodze prawości i uczciwości. Twoja wyższość stanie się wtedy dla otoczenia rzeczą oczywistą i w końcu – choć być może długo to potrwa – wyjdziesz z cienia.


Wszystko jest dla nich

W każdym biurze znajdzie się sympatyczna osoba, która na kilka dni przed Bożym Narodzeniem przyniesie całą górę domowych faworków, a w lecie poczęstuje wszystkich ciastem z truskawkami, oczywiście własnego wypieku. Inna pani w tym samym biurze zawsze ma w lodówce zapas chleba i dżemu, na wypadek, gdyby nie było czasu na porządny obiad. Chętnie się tym chlebem i dżemem wymienia z kolegą, który jest istnym maniakiem świeżego soku z pomarańczy, trzyma w kuchence wyciskarkę i pozwala wszystkim z niej korzystać. Ludzie się tu częstują, wymieniają jedzeniem, kiedy ktoś ma pilna pracę i nie może sobie pozwolić na przerwę, ktoś inny zrobi mu kanapkę, i wszystko wspaniale się układa – do czasu. Do czasu, aż pojawi się żarłok, który nigdy niczego nie przyniesie, a za to potrafi zjeść cały talerz faworków i pięć kawałków ciasta, nawet nie pytając, czy pozostali dostali już swoją porcję. Kiedy dzwoni do serwisanta, nigdy nie spyta kolegów, czy przypadkiem też nie potrzebują pomocy. Kiedy zamawia przez telefon pizzę, nie próbuje się dowiedzieć, czy ktoś chce się dołączyć. W dodatku wiecznie nie ma przy sobie pieniędzy, więc bez przerwy pożycza, i bardzo długo nie oddaje.

Zapewne rozpoznałaś już indywiduum, które doprowadza cię do szewskiej pasji, gdy idziesz do lodówki po dżem, i widzisz pusty słoik. Co zrobić z kimś takim? Miałem kolegę, który do swojego słoika przykleił karteczkę ze słowami TRUCIZNA, wypisanymi wielkimi literami. Ten kto zwykle podjadał mu dżem, nigdy już po niego nie sięgnął. Ale nie wiadomo, czy dotarło do niego sedno tego przekazu. Co prawda, już nie dobierał się do cudzego jedzenia, ale sam nigdy nie zdobył się na inicjatywę, by od czasu do czasu kupić słoik dżemu.

Prawda, że niektórzy ludzie (zwłaszcza płci żeńskiej) są lepiej zorganizowani od innych, i częściej myślą o takich rzeczach. Kiedy robią zakupy, zaopatrują się nie tylko w jedzenie do domu, ale też pamiętają o produktach, które zabiorą do pracy.
Pozostali wiedzą co prawda, że koło południa żołądek ściska im się z głodu, nie mówiąc już o wieczorach, kiedy trzeba zostać dłużej w pracy, a jednak zachowują się tak, jakby nagle jakaś wróżka miała im wyczarować obiad. Wróżka się, niestety, nie zjawia, więc żebrzą, pożyczają i głodują (ale rzadko). Gdyby tak od czasu do czasu przyszło im do głowy, żeby coś kupić albo zaprosić na obiad dwie koleżanki, które najczęściej się nad nimi litują. Ale gdzie tam…
A przecież sposobów na rewanż jest wiele, w dodatku nie jest to wielki koszt, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę liczbę posiłków wydębionych od kolegów i koleżanek. Nie wiadomo jednak, dlaczego niektórzy w ogóle nie wykorzystują tych sposobów. Jedni są naprawdę skąpi, inni uważają się za królów życia i nie zaprzątają sobie głowy takimi drobiazgami. Nieważne, jakimi kierują się pobudkami – nadszedł czas, żeby ich obudzić. Można myśleć, że to niewinna przywara, ale tacy ludzie z czasem zaczynają być naprawdę denerwujący i uciążliwi dla kolegów. Tu chodzi o zasadę, nie o pieniądze.

Stosunki w pracy mogą stać się trudne z powodu czegoś, co u samej podstawy sprowadza się do kromki chleba. Ani jedna, ani druga strona nie może pozwolić sobie na to, żeby wzajemne relacje zaogniły się do tego stopnia, ze wzajemne kontakty, już poza kuchnią, staną się napięte i trudne. Tego rodzaju problemy warto rozbroić natychmiast, gdy tylko zdamy sobie z nich sprawę. Pierwsza próba może sprowadzić się do żartobliwych uwag. Kiedy wszyscy siedzą razem, zapytajmy na przykład z niewinną miną, czy nowy kolega ma zamiar zaprosić nas na małą kolacyjkę. Zamiast wściekać się nad pustym słoikiem, dlaczego nie spytać prosto z mostu:
- Kto zjadł mój dżem?
Amator słodkości usłyszy wówczas zwykłą, uprzejmą i najnaturalniejszą w świecie prośbę o przyniesienie nowego.


Nigdy nie mają czasu

Podobnie w każdym biurze można spotkać przynajmniej jednego członka sławnego klubu o nazwie „Nie mam czasu”. O co go poprosisz, on nie ma czasu. Albo właśnie wychodzi, albo ma masę zaległości, albo jeszcze co innego. Nieraz niewiele potrzeba, żeby twoja prośba obróciła się przeciwko tobie, i żebyś to ty musiała pomagać tej wielce zajętej osobie. Zanim zaczniesz pomagać, upewnij się przynajmniej, że następnym razem możesz liczyć na rewanż.
Dlaczego wiecznie masz być kołem ratunkowym dla innych, skoro z wybiciem godziny 17,00 tylko ty siedzisz nad pracą, której nie miałaś czasu wykonać w ciągu dnia? Owszem, w ciągu roku może się zdarzyć kilka dni, kiedy nie da się tego uniknąć, ale jeśli sytuacja się powtarza, musisz sobie zdać sprawę , że to nienormalne. Masz prawo zażądać, żeby to się zmieniło. Jeżeli ciągle czekasz na rewanż, a on nie nadchodzi i nie masz na kogo liczyć w pracy, poważnie się zastanów nad złożeniem propozycji w sprawie zatrudnienia dodatkowego personelu. Nie tylko jesteś uprawniona, by o tym myśleć i to zaproponować, ale wręcz masz taki obowiązek. Bo kto niby miałby to zrobić? Szefowie żyją często w oderwaniu od codziennej rzeczywistości, nie zawsze są świadomi, jak konkretnie pewne rzeczy się odbywają, a także, niestety, zwracają uwagę tylko na wyniki. Z drugiej jednak strony szef, który dowiaduje się, że podległy mu zespół znalazł się na skraju wyczerpania, próbuje zazwyczaj znaleźć skuteczny i szybki sposób na poprawę sytuacji. Żeby tak się stało, ktoś musi go o niej poinformować.

Główna zasada w kontakcie z osobami, które są niedostępne, i „niedyspozycyjne”, to nie traktować ich tak, jak one nas traktują. Zarówno w tej, jak i w wielu innych dziedzinach takie postępowanie niczego nie załatwia. Wręcz odwrotnie: mściwość bardzo prędko zaognia sytuację, o czym zapewne nieraz już się przekonałaś. Trzeba więc oprzeć się pokusie zemsty i szukać pozytywniejszych rozwiązań, które pobudzają druga stronę do działania. Nic ci nie da robienie obrażonej miny. Wcześniej czy później należy porozmawiać o problemie, wyciągnąć go na światło dzienne, czyli: powiedzieć, sformułować, skonfrontować, przestać w ciszy kumulować frustrację. Możesz być nie tylko ofiarą osób, które nie potrafią żyć z innymi, ale także ofiarą swojego własnego milczenia.

Tak więc następnym razem, kiedy bardzo zajęta osoba, która zawsze odmawia pomocy, poprosi cię o współpracę, zgódź się, ale z rezerwą. Powiedz na przykład:
- Dobrze, tym razem mogę ci pomóc. Ja też mam bardzo dużo obowiązków, ale wygospodaruję czas, by ci pomóc. Mam nadzieję, że będę mogła na ciebie liczyć, kiedy to ja znajdę się w sytuacji podbramkowej.
Odpowiedź może być tylko twierdząca… Jeżeli jednak następnym razem ta osoba będzie próbowała się wymigać, bez wahania przypomnij waszą umowę. Przykre, że trzeba tak otwarcie domagać się rewanżu, ale to jedyny sposób na to, żeby nie być stale ofiarą.


Krytykanci

Od zgniłych jabłek gnije w końcu cały worek… znasz to zjawisko, prawda? Jest tak częste, że występuje nawet w biurowej kuchence, gdzie widać jak na dłoni całą jego siłę, rzecz jasną – negatywną.
Oto kobieta wchodzi do biurowej kuchni, w której jedna z koleżanek, zła jak osa, robi sobie kawę. Koleżanka narzeka. Wprost nie cierpi kawy, którą firma za darmo oddaje do dyspozycji pracowników. To zresztą dobry punkt wyjścia do ogólnej krytyki:
- Harujemy tu jak woły, płacą nam grosze, a sami zabawiają się na polu golfowym i jeżdżą BMW. Mogliby przynajmniej nie żałować nam dobrej kawy. Ach, nawet sobie nie wyobrażasz, jak ja bym już chciała pójść na urlop! Muszą mi dać wolne w drugiej połowie lipca, bo jak nie, to się zwolnię. I tak mam już dosyć tego miejsca. Są niekompetentni i źle zorganizowani, a poza tym jestem tu niewykorzystana. W ogóle nie zdają sobie sprawy z moich uzdolnień i umiejętności…

Do wywołania takiej tyrady wystarczy drobiazg. Nie jest tak, że ponarzeka sobie raz a dobrze. Regularnie przeżuwa swoje żale, wraca do nich prawie codziennie, stale musi ponarzekać na coś, lub na kogoś. Jeżeli nieustannie krytykuje pracę, i jest ciągle niezadowolona, to bardzo prawdopodobne, że w życiu prywatnym zachowuje się tak samo.
Ale cóż cię obchodzi jej życie prywatne, dla ciebie liczy się zachowanie w biurze. Już sama jej obecność, stale wprowadzająca atmosferę niezadowolenia, jej negatywność i zgorzknienie niebywale obniżają morale całego zespołu. Przyjeżdżasz rano do pracy w świetnej formie, w dobrym humorze, masz zamiar zająć się nowym projektem, a tu w kilka minut taka osoba odbiera ci cały entuzjazm. Jesteś jak balonik, z którego uleciało powietrze, spiętrzona na biurku dokumentacja nagle wydaje ci się potwornie nudna. Właśnie wpadłaś w pułapkę mistrzyni czarnowidztwa. Teraz zapewne będziesz się starała wykorzystać tę odrobinę energii, która ci została, żeby przekonać samą siebie, że jej ocena sytuacji jest niesłuszna… Albo też będziesz wściekać się po cichu i układać w wyobraźni inteligentne scenariusze postępowania wobec intrygantki. W ten sposób wpadasz w pułapkę dialogów wewnętrznych, w których rozprawiasz się z osobą osłabiającą dzień po dniu twoje morale – lub też marnujesz swój czas i cenną energię na zastanawianie się, czy w gruncie rzeczy ona nie ma racji, kiedy twierdzi, że szefowie są tacy i owacy…

Problem polega na tym, że w ten sposób nie tylko nie rozprawiasz się z nią, ale na planie emocjonalnym robisz wielką krzywdę samej sobie. Wystrzegaj się tej pułapki! Jeżeli w nią wpadniesz, to na następnym etapie prawdopodobnie uwierzysz w zasadność jej narzekań. Ta gra naprawdę nie jest warta świeczki. Skończy się tak, że wejdziesz do grona czarnowidzów, którzy kręcą się w kółko, i w ogóle nie idą do przodu. Rób swoje i nie przejmuj się ich opiniami. Zatkaj sobie uszy na komentarze, oraz negatywne krytyki, które niczego nie wnoszą. Wtedy będziesz czuć się znacznie lepiej.
Jeżeli jednak rzeczywiście istnieją takie czy inne powody, by krytykować pracodawcę, naturalnie masz prawo to robić. Ale nie milknij za każdym razem, gdy tylko usłyszysz nadchodzącego szefa. Niczego tak nie załatwisz. Jeżeli ci coś nie odpowiada, jeżeli masz problemy, powiedz o tym ludziom, którzy są władni ci pomóc na zasadzie pozytywnego działania. Porozmawiaj z nimi jak najszybciej – i szczerze. Postaraj się przekonać kolegów, że to najlepszy sposób działania. Wszyscy na tym zyskają, a do ciebie nie przyklei się łatka „krytykanta”. Przeciwnie, inni na pewno docenią twoją szczerość i fakt, że nie uciekasz przed problemami.


Żartowniś

Uważa, że jest bardzo dowcipny. Owszem, tylko jego dowcipy są tak bardzo nie na miejscu albo tak uszczypliwe, że zamiast rozładować atmosferę, całkiem ją zatruwają. Taki ktoś nie potrafi zauważyć, że akurat nie czas na pieprzne kawały. Ludzie blado się uśmiechają, bo są grzeczni i chcą oszczędzić mu kompromitacji, a jemu się wydaje, że siłą się powstrzymują, żeby nie wybuchnąć śmiechem. W ogóle nie przychodzi mu do głowy, że ten cyrk naprawdę was nudzi i że tęsknicie do dnia, kiedy repertuar wreszcie się wyczerpie. Gdyby jednak taki dzień nadszedł, musielibyście wysłuchiwać jego sarkastycznych uwag o swoich fryzurach, ubiorach, perfumach i dziesiątkach innych rzeczy.
Ten narwaniec często chowa się za maską clowna po to, żeby inni nie zauważyli, że nie ma nic do powiedzenia. Chciałby uchodzić za kogoś interesującego, zbliżyć się do ludzi, mieć kontakty, i to jest jedyny sposób, jaki znalazł. Tak naprawdę nie chce nikogo skrzywdzić, a jednak o wiele za często rani innych. Jego płaskie dowcipy są odbierane jako nieprzyjemne uwagi, po których na dodatek zostaje ślad. Z biegiem czasu trudno ci przychodzi milczące wysłuchiwanie wszystkich tych przykrych opinii na swój temat. Ten powierzchowny człowiek spędza większość dnia na obrażaniu ludzi ze swojego otoczenia. Wiesz już, że chce ściągnąć na siebie uwagę. Kiedy poświęcisz mu te uwagę, będzie miał się z pyszna…

Spróbuj rozwinąć swoją umiejętność ripostowania tak, by natychmiast znajdować celną odpowiedź. Zapewne nie trzeba będzie długo czekać na reakcję. Wesołek szybko zda sobie sprawę, że pewna forma dowcipu może ranić. Jeżeli jednak nie zrozumie, że jego rzekomy dowcip nie śmieszy nikogo poza nim, powiedz mu po prostu, że nie masz zamiaru dłużej znosić jego sarkazmu, a jego uwagi zdecydowanie ci nie odpowiadają, że ten cyrk zaczyna przypominać już molestowanie, i w przypadku gdyby nie zmienił postępowania, wniesiesz przeciwko niemu skargę.


Czy klient i szef zawsze mają rację


W świecie biznesu istnieje pogląd, że klient ma zawsze rację. Jeżeli pracujesz w międzynarodowym koncernie zatrudniającym tysiące pracowników, w którym obowiązuje takie podejście, istnieje ryzyko, że nie wyjdziesz z tego bez szwanku. Jeżeli jednak jesteś niezależną jednoosobową firmą, też musisz uważać, bo wiele osób w takiej sytuacji po prostu pozwala ciosać sobie kołki na głowie. Prawda, że konkurencja jest teraz wyjątkowo ostra, trzeba mocno walczyć, żeby przeżyć na coraz bardziej zapchanym rynku. Musisz jednak dokonywać wyborów: nie można być doskonałym we wszystkim, ani mówić „tak” na wszystko, i do wszystkich. W przeciwnym wypadku po prostu się wypalisz.
Poza tym pamiętaj, że niektórzy klienci lubią nadużywać – nadużywają ciebie, twój czas, i umiejętności. W ostatecznym rozrachunku okazuje się, że to właśnie oni są najczęściej niezadowoleni, krytykują twoje wykonanie i protestują, gdy przysyłasz rachunek. Ucieszyliby się zawsze, gdyby kwota na tym rachunku była niższa, i zawsze domagają się rozbicia poszczególnych pozycji, a przecież przed rozpoczęciem prac dostali – i zaakceptowali szczegółowy kosztorys. Jeżeli po sześćdziesięciu dniach pieniądze wpływają na twoje konto, to i tak możesz uważać, że masz szczęście!

Nie musisz tolerować takiego postępowania. Twój klient prowadzi interesy po to, żeby zarabiać, i z tobą jest tak samo. Jeżeli on nie rozumie tej elementarnej zasady, przeanalizuj sytuację i zastanów się, czy nie możesz pozwolić sobie na luksus zerwania współpracy. W przypadku małego klienta, który ma niewielki udział w twoich zarobkach, nie wahaj się długo. Wyjaśnij mu, że żąda od ciebie stanowczo za dużo energii w stosunku do tego, ile pozwala ci zarobić, że nie możesz go finansować, itd. Zrekompensujesz sobie te drobną stratę finansową poczuciem wolności i pełnego panowania nad swoim życiem, co przecież nie jest bez znaczenia. Odzyskana w ten sposób energia pozwoli ci w krótkim czasie zastąpić go kimś, kto będzie miał dla ciebie więcej szacunku.
We współczesnym społeczeństwie – szef to człowiek, nad którym unosi się swoista aureola, nadająca mu niezwykły autorytet i wpływy. Wielu pracowników ogarnia wobec niego paraliż, a przynajmniej onieśmielenie. Nieraz można spotkać podwładnych, którzy nigdy nie podają w wątpliwość słów szefa. Milczą, uważając, że polecenia są głupie. Pamiętaj, że nawet średnio inteligentny szef potrafi docenić kogoś, kto w razie konieczności poprawi i uchroni w ten sposób od kompromitacji na szerszym forum.

Oczywiście, szef może wyglądać na tak zadowolonego i tak pewnego siebie, że będziesz się bała kontestować jego słowa czy w jakikolwiek sposób mu się sprzeciwić. Nie zapominaj jednak, że stanowisko narzuca mu pewien wizerunek. Trzymaj się zasad grzeczności i przynajmniej spróbuj – może ci się uda. Jeżeli boisz się go do tego stopnia, ze nawet nie możesz wyobrazić sobie takiej sytuacji, pomyśl, jak odsunąć się od tego człowieka, który najwyraźniej jest dla ciebie groźny. Nikt nie powinien wywoływać w tobie aż takiego lęku!



W interesach nie ma przyjaciół

Z chwilą, gdy postanawiasz pracować na własny rachunek, wchodzisz w świat, w którym możesz bardzo boleśnie dostać po łapach. Takie przedsięwzięcie wymaga mnóstwa energii, czasu, wiary w siebie, a także wiedzy i doświadczenia w dziedzinie, którą chcesz się zająć, nie mówiąc o umiejętności zarządzania. Ponieważ rzadko się zdarza, żeby jedna osoba spełniała wszystkie te warunki, najczęściej dobieramy sobie wspólnika – człowieka, z którym dzielimy czas, trudności, klientów, zarobki, a nieraz i długi. Wybór takiego człowieka ma zasadnicze znaczenie dla przyszłości rodzącej się firmy.
Niestety, mimo wielu ostrzeżeń płynących z różnych stron, niejeden z nas podchodzi do tego nierozważnie i rzuca się na głęboką wodę z byle kim : byle kim może być zarówno człowiek zupełnie obcy, jak mąż albo przyjaciel. Nawet najbliższy i ukochany wspólnik w interesach potrafi się zmienić w potwora, którego istnienia nigdy byśmy nie podejrzewali. A więc nie mów:
- To na pewno nie zdarzy się mnie ani jemu.

Ludzie miewają różny stosunek do pieniądza; czasami potrafią posunąć się bardzo daleko. Niektórzy w pewnym momencie zupełnie tracą jasność widzenia. Po prostu są zaślepieni powodzeniem, uważają że wszystko im się należy, że tylko dzięki nim firma ma sukcesy. A wtedy nie chcą się dzielić. To zresztą dobry wskaźnik, który warto sprawdzić, zanim otworzymy z kimś firmę. Przyjrzyjmy się, jak taki kandydat na udziałowca zachowuje się w codziennym życiu, w stosunku do otoczenia i przyjaciół. Czy łatwo dzieli się z innymi, czy raczej ma skłonność do chomikowania? Czy woli dostawać, czy dawać? Czy w ogóle coś z siebie daje? Czy woli być zapraszany, czy zapraszać? Czy częściej przyjmuje gości, czy raczej bywa gościem?
Jeżeli zakreślisz tę ostatnią odpowiedź, jest znaczne ryzyko, że kiedyś spróbuje zgarnąć wszystko, ze szkodą dla ciebie. Troska o własne dobro będzie dla niego najważniejsza i podyktuje złodziejskie zachowania. „Zapomni”, że jest wspólnikiem na dobre i na złe, i zechce sam zebrać plony, albo sam uciec, jeżeli po drodze nagromadzą się nie zyski, a problemy i długi.

Wiele osób ma za sobą bardzo przykre zerwania, które nastąpiły na skutek nieporozumień związanych ze wspólną firmą. Widziałem, jak wieloletnie przyjaźnie kończyły się z powodów finansowych. W takich sytuacjach prawdziwa natura ludzi ujawnia się z wielką siłą. Iluż z nas, doświadczywszy tego rodzaju „współpracy” poczuło, że ktoś nas oszukał, wystawił do wiatru, i w dodatku upokorzył!
Naprawdę, w interesach nie ma przyjaciół. Dlatego dobrze się zabezpiecz, bo cierpienie spowodowane klęską na tym polu odbija się na wielu sprawach niezwiązanych z pieniędzmi – może wręcz wpłynąć negatywnie na twój stosunek do innych ludzi.



Na to dane mi są oczy, bym zauważała innych. Uszy, bym ich słyszała. Nogi, bym do nich spieszyła. Ręce, bym ich podtrzymywała. Serce, bym ich kochała.
^marianna
Użytkownik lokalny

marianna

Napisanych postów: 5664
Ostatni post: 2013-08-24 20:56:27


Napisz e-mail do autora Napisz prywatna wiadomosc do tego autora
2. RE: Asertywność Odpowiedz
2012-11-05 17:31:56 | URL: #
    również relacje rodzinne czasem pozostawiają wiele do życzenia.....


Toksyczni ludzie
(jak się przed nimi bronić w domu, w pracy, w towarzystwie)
Pierre Haineault


Rozdział 2

TRUDNE RELACJE W RODZINIE

Wybieramy przyjaciół, ale nie rodzinę. To dlatego przyjaciel często jest wcieleniem naszych wyobrażeń o dobrym i ciekawym człowieku, który działa na nas stymulująco, z którym miło jest pogadać, a nawet tracić czas. Jest kimś, z kim chcemy podzielić się smutkiem i radością, zjeść kolację czy wyjechać na urlop. Wybieramy sobie ludzi, których podziwiamy, którzy nas mobilizują do rozwoju i dobrze rozumieją. Naturalnie, zdarza się, że członkowie jednej rodziny mają dla siebie właśnie takie zrozumienie i serdeczność, jakimi darzą się przyjaciele z wyboru. Jest wiele rodzin bardzo ze sobą zgranych, gdzie siostry i bracia, nawet gdy opuszczą już wspólne gniazdo, spotykają się prawie codziennie, a na starość znowu mieszkają razem. Matki i córki stale telefonują do siebie w najdrobniejszych sprawach. Cały klan uprawia wspólnie sport, uczestniczy w wydarzeniach kulturalnych, obchodzi urodziny każdego członka rodziny, świętuje każdy sukces. Takie spotkania i relacje są ważne i wręcz niezbędne dla wielu osób, które po prostu nie wyobrażają sobie bez nich życia.
Niestety, nie dotyczy to wszystkich osób. W wielu rodzinach istnieją podziały na frakcje, co sprawia, że spotkania odbywają się w przykrej, napiętej atmosferze, o ile w ogóle do nich dochodzi. Niektórzy odwiedzają się z obowiązku, na przykład po to, żeby nie robić przykrości starej matce, bo cierpiałaby widząc, że jej dzieci są skłócone. A więc dzieci się spotykają, robią sobie przytyki, zazdroszczą, ranią się wzajemnie.


Nadąsani


Dąsy to ulubiona forma okazywania niezadowolenia przez dzieci, ale trzeba powiedzieć, że dorośli często dostarczają w tej dziedzinie bardzo inspirujących przykładów. U dorosłych trudniej zorientować się, o co chodzi, bo raczej nie posługują się mimiką ani gestami charakterystycznymi dla nadąsanych maluchów: nie opierają na brzuchu założonych rąk, nie wydymają dolnej wargi, itd. Cała reszta zachowania jest jednak podobna. Odcinają się od grupy i albo wychodzą, trzaskając drzwiami, albo przestają uczestniczyć w rozmowie, albo w opryskliwym tonem odpowiadają tylko „tak” i „nie”.
Takiego człowieka można rozpoznać po spojrzeniu: patrzy na wszystkich gniewnie i z pretensją. Oczy miotają błyskawice, usta się zaciskają, ruchy tracą płynność.

Spotkanie rodzinne to dla obrażalskiego najlepsza okazja, żeby zademonstrować takie dziecinne zachowanie, bo doskonale wie, że nikt go wtedy nie wydrwi. Zazwyczaj zresztą kiedy już ktoś zacznie się boczyć, osiąga w tym prawdziwe mistrzostwo, na całe życie! Potrafi się boczyć często i długo. Oczywiście, można się przyzwyczaić do nadąsanej miny, co nie zmienia faktu, ze potrafi ona zepsuć najpiękniejszy wieczór. Taka osoba najwyraźniej stara się ściągnąć na siebie uwagę: chciałaby, żeby cały świat kręcił się wokół niej. Jeżeli tak się nie dzieje, nie widzi powodu, by aktywnie i z uśmiechem brać udział w spotkaniu. Pozostali uczestnicy w naturalnym odruchu interesują się obrażalskim, pytają go, co jest nie w porządku, pocieszają, głaszczą po głowie, jednym słowem starają się poprawić mu humor. Ale te dobre dusze szybko orientują się, że nic nie da się wskórać. Spotkanie rodzinne trwa dalej, krewni defilują przed nadętym obliczem majestatu, który powoli zaczyna rozpościerać pióra jak paw. Nareszcie jest w Centrum uwagi, a więc udało mu się to, czego chciał – zyskał powszechną uwagę.
A tymczasem przyjemny wieczór diabli wzięli… jeśli masz tego dosyć, racja jest po twojej stronie. Następnym razem zostawcie obrażalskiego samemu sobie, niech boczy się gdzieś w kącie. To trudne, ale trzeba o nim zapomnieć, i zachowywać się tak, jakby nic się nie działo. Prędzej czy później dołączy do grupy i postara się zrobić normalną minę. W końcu zrozumie, że jego zachowanie jest głupie, próżne, niedojrzałe i nie przystoi dorosłemu.



Niezależni



Cenimy zazwyczaj – przynajmniej do pewnego stopnia – ludzi samodzielnych. Z definicji przecież „nie wadzą nikomu”, po cichutku zajmują się swoimi sprawami, nie oczekując niczego od innych , a nieraz również nie przejmując się nimi. Ten drugi przypadek może mimo wszystko być dla otoczenia bardzo nieprzyjemny.

Mamy prawo oczekiwać od pewnych osób przynajmniej minimum komunikatywności i serdeczności. Zaliczamy do nich, to się rozumie samo przez się, przede wszystkim członków rodziny. Są nam drodzy i jest oczywiste, że uczucia, które na różne sposoby mogą nam okazywać, działają jak balsam na naszą psychikę zmęczoną przeciwnościami życia. Bliscy, to swoista polisa ubezpieczeniowa: wiadomo, że gdyby działo się coś złego, będą nam potrzebni. Mimo wszystko sama ich hipotetyczna obecność nas nie zadowala… potrzebujemy rzeczywistych, konkretnych kontaktów, obojętnie w jakiej formie. Prawda, że niektórzy wykorzystują pretekst fizycznej odległości, by usprawiedliwić brak kontaktów, ale w dzisiejszych czasach to bardzo wątły argument. Zresztą nawet i dawniej, przed erą komputerów, Internetu, poczty elektronicznej i nawet samochodu – każdy kto chciał utrzymać relację z drugą osobą, potrafił to osiągnąć. Nawet zwykła pocztowa korespondencja może zdziałać cuda. Jeżeli więc w swoim otoczeniu odczuwasz brak jakiejś osoby, która nigdy nie daje znaku życia, a przez to boleśnie cię rani, bo stwierdzasz, że niewiele dla niej znaczysz, zacznij od napisani a do niej listu.

O ile rzeczywista, geograficzna odległość stanowi doskonały powód, by wykorzystać ten stary jak świat sposób porozumiewania się, okazuje się on przydatny również we wszelkich innych formach dystansu. Można przecież mieszkać o dwadzieścia minut drogi od kogoś z rodziny i być od niego tak daleko, jakby żyło się na innej planecie. W takiej sytuacji właśnie list potrafi bardzo pomóc w przekazaniu uczuć, których nie udaje się nam wyrazić ustnie. Przyczyny tej niemożności bywają różne: często złość albo smutek opanowują nas do tego stopnia, że każda próba kończy się płaczem, krzykiem, albo milczeniem.
Jedyny sposób, żeby wyrwać się z tego błędnego koła cierpienia i mieć harmonijne stosunki z drugą osobą, to uświadomić jej, że cierpimy z powodu jej nieobecności i milczenia. Oczywiście wolałabyś, żeby na twoje urodziny ojciec zatelefonował do ciebie z własnej inicjatywy, a nie „zapomniał” o nich piąty rok z rzędu. Co roku już na kilka dni, a nawet tygodni przed tą datą zadręczasz się pytaniem: - zadzwoni, czy nie zadzwoni? To normalne, ze zupełnie nie masz ochoty telefonować do niego w przeddzień i mówić:
- Tato, jutro mam urodziny, nie zapomnij, bo będzie mi przykro. Ale też nie powinnaś czekać bezczynnie. Sytuacja prawdopodobnie sama się nie zmieni, a człowiek, na znak którego wyczekujesz – najwyraźniej nie chce tego zrozumieć. Pozostaje ci tylko próbować. To, czy będzie ci trudno, czy łatwo przywrócić porządek w waszych stosunkach, zależy od przyczyny takiego chłodu między wami.
Nie potrzeba wcale wielkiej awantury, żeby jeden z członków rodziny zamknął się w bolesnym dla niej milczeniu. Być może ten, kto się odcina, poczuł się w pewnym momencie odrzucony lub niezrozumiany. Do wyjaśnienia sytuacji niezbędny jest dialog. Wiedz, że możesz odkryć rzeczy trudne do zaakceptowania: złą wolę, złość, zazdrość. Za niezależnością i obojętnością nieraz kryją się inne motywy. Przecież nie jest tak, że twoja matka bez powodu z dnia na dzień przestała do ciebie dzwonić. Czemu przypisać dystans ze strony brata, który kiedyś był tak serdeczny? Kto za to odpowiada? Prawdopodobnie więcej niż tylko jedna osoba. Nie zapominaj, że każdy medal ma dwie strony. Być może wina za obecny stan rzeczy spada także na ciebie. Na razie jednak to ty cierpisz, a więc to ty powinnaś spróbować coś zmienić. Możliwe, że osoba, przez którą się męczysz, również cierpi za zasłoną obojętności. Niewykluczone, że i ona ma nadzieję na zgodę i poprawę stosunków. Nikt przecież nie lubi, kiedy rodzina się rozpada. Wszyscy chcą korzystać z tego „ubezpieczenia od wszelkiego ryzyka”.

Krańcowa niezależność i obojętność w rodzinie są czymś bardzo bolesnym, o wiele boleśniejszym niż w relacjach z osobami, z którymi nie łączą nas więzy pokrewieństwa. Zawsze można stworzyć sobie sieć nowych przyjaciół czy znajomych z pracy – niezależnie od tego, w jakim miejscu świata się znajdujemy i na jakim etapie życia. Niekiedy wymaga to wysiłku i długiego czasu, ale się udaje. Rodzinę biologiczna mamy tylko jedną. Nigdzie i z nikim innym jej nie odtworzymy, nie wymyślimy na nowo. Nasze korzenie wyrastają tylko z jednego miejsca i nie da się ich zmienić; to niemożliwe, by wyprzeć się członka rodziny czy sprawić, że nie będzie już naszym krewniakiem, nawet jeżeli czasami postępujemy, jakby rzeczywiście tak było.
Łączące nas związki niewątpliwie nie są scementowane raz na zawsze i mogą nimi targać różne burze. O rodzinne więzy należy dbać, podobnie jak o wszystkie inne. One nie konserwują się same. Trzeba umieć utrzymywać kontakt, przekazywać wiadomości o sobie, dowiadywać się, interesować, angażować. Ten wysiłek nie może pochodzić tylko od jednej strony. Istnieją jeszcze rodzice, którzy wyobrażają sobie, że to dzieci zawsze powinny do nich dzwonić, bo przecież winne są im szacunek. Żyjemy już w XXI wieku i wiele rzeczy się zmieniło. W stosunkach rodzinnych, tak jak i w innych, obowiązuje zasada wzajemności. Poza tym pamiętajmy, że jakkolwiek czas jest bardzo cenny i ciągle go mało, trzeba umieć się zatrzymać, choćby po to, żeby zatelefonować do brata, siostry, lub rodziców napisać krótki list o tym, co się z nami dzieje, i poprosić o nowiny od nich. To naprawdę drobny gest, który wymaga tylko kilku minut i naklejenia znaczka, a sprawia tyle przyjemności, że za każdym razem zastanawiamy się, dlaczego nie robimy tego częściej!



Uzależnieni



Tak, życie jest pełne skrajności! Z jednej strony mamy w rodzinie ludzi, którzy są tak wycofani, że prawie niewidoczni, i zastanawiamy się, czy w ogóle jeszcze należą do rodzinnego kręgu, za to drudzy bez przerwy nam przypominają, że rodzina jest po to, żeby im pomagać, bo bez niej są kompletnie zagubieni i nie potrafią funkcjonować.

Mówiliśmy już o bracie, po którego w wigilię „trzeba” pojechać na drugi koniec miasta. Ten przykład dość dobrze ilustruje, o jaki rodzaj zależności tutaj chodzi. Wynika z niego jasno, że taki zależny od ciebie człowiek, wikłający cię w swoje skomplikowane historie i niezliczone potrzeby, wcale nie musi mieszkać z Toba pod jednych dachem, żeby komplikować ci życie. Znałem kogoś, kto został służbowo przeniesiony do małej miejscowości w głębi kraju. Jakkolwiek ten region nie jest bynajmniej tak dziki, jak sobie wyobrażał, i jest tam sporo sklepów spożywczych sprzedających zarówno produkty w puszkach, jak i świeże, próżno tam jednak szukać delikatesów. A mój znajomy właśnie lubił sobie dogadzać i szybko zaczęło mu brakować rarytasów. Nie mógł wytrzymać bez polędwicy, nie znosił też tanich win z supermarketu. Po prostu nie był w stanie, i wobec tego zaangażował kilka osób z rodziny, żeby robiły dla niego zakupy i wysyłały mu je na koniec świata.
- W końcu rodzina jest od właśnie od tego! – mówił sobie w duszy i nawet przez myśl mu nie przeszło, jak bardzo ją obciąża, stale domagając się takich przysług (albo udawał, że o tym nie wie).

Takie praktyki to nie żadna nowość. Wiele osób żyje na odludziu, i zamawia do domu dostawy różnych produktów z dużych miast. Tylko, że zazwyczaj same to sobie organizują na odległość albo, jeszcze lepiej, kilka razy do roku przyjeżdżają do wielkiego miasta na zakupy. Nie zmuszają rodziców, brata, siostry ani przyjaciół, żeby dwa razy w tygodniu biegali dla nich do delikatesów!

Mamy pełne prawo oczekiwać, że rodzina i przyjaciele pomogą nam w wyjątkowych sytuacjach i od czasu do czasu, że na święta dostaniemy w prezencie butelkę dobrego porto, którą ktoś przywiózł z podróży. Ale jeśli domagamy się, żeby zmieniali swoje zwyczaje, bo akurat nasze się zmieniły, naprawdę jest to nadużycie i gruba przesada. Krewni, którzy pewnego dnia postanowią wyplątać się z sieci zależności i skończyć z sytuacją, która początkowo zdawała się im zwykłą przysługą, absolutnie nie powinni mieć z tego powodu poczucia winy.
Tak, sytuacje tego typu trzeba przerywać, robiąc to grzecznie, acz stanowczo. Jeżeli należysz do ludzi o zgodnym i wyrozumiałym charakterze, zaznacz swoje granice. Możesz okazyjnie zgodzić się na oddanie takiej czy innej przysługi, ale nie zwlekając dłużej powiedz osobie zależnej od pomocy innych, że nie będziesz tego robić w nieskończoność, bo to cię męczy i zabiera dużo czasu.

Zwykłe wykorzystywanie innych – oto podstawa funkcjonowania ludzi niesamodzielnych, bez względu na rodzaj ich zależności. Są w tym bardzo podobni do innych naciągaczy, o których powiemy nieco później. Jakkolwiek takie zachowania mogą występować również w relacjach z obcymi, właśnie w rodzinie zdarzają się najgorsze przypadki, ponieważ niektórym się wydaje, że w rodzinie wszystko jest dozwolone. Niewątpliwie ryzyko spotkania się tu z niezrozumieniem lub odrzuceniem jest o wiele mniejsze. No bo jak syn może biednej, samotnej matce odmówić napełnienia butli gazem? Jak nie on, to kto miałby to zrobić? Nie ma wyboru. A kto zorganizuje ciotce przeprowadzkę, kiedy będzie trzeba? Kto pomaluje jej mieszkanie?

Znałem pewne małżeństwo lekarki i muzyka. Już od samego początku utrzymywali się głównie z jej zarobków, zresztą całkiem przyzwoitych. Żona sądziła, że to tylko przejściowy układ. Mąż usiłował zrobić karierę jako solista, a ona tłumaczyła sobie, że jego wkład w domowy budżet jest tylko kwestią czasu. Ale powoli oczy jej się otwierały: mężowskie projekty nigdy nie dochodziły do skutku i stawało się jasne, że na chleb nie uda mu się zarobić. Nadal grał sobie w domu na fortepianie, ale już bez konkretnego celu. Dla tej kobiety liczyła się nie tylko strona finansowa, bo w gruncie rzeczy jej pensja wystarczała dla dwojga, nawet jeżeli mogliby żyć lepiej, gdyby on też zarabiał. Nie mogła jednak pogodzić się z myślą, że utrzymuje swojego mężczyznę. Nie chciała, żeby żył w ten sposób, wczepiony w nią. Pewnego dnia postawiła mu ultimatum: musi zacząć zarabiać, jeżeli nie muzyką, to w jakiś inny sposób. Nie minęło dużo czasu, a mąż zrozumiał, że skończyło się dla niego słodkie nieróbstwo – i szybko odszedł, żeby uzależnić się od kogoś innego.

Kiedy trafi ci się taka osoba, powiedz sobie, że zawsze masz wybór. Każdy jest odpowiedzialny za swoje życie – ty za swoje, inni za ich własne. Każdy jest panem swojego losu, szczęśliwego czy nieszczęśliwego. Owszem, można pomagać innym, ale nie można dźwigać ich ciężarów, problemów, brzemienia spraw, za które sami są odpowiedzialni. Masz przecież życie, którym musisz sterować, i swoje problemy, które musisz rozwiązać. Jeśli nie chcesz, żeby ktoś cię zżerał, naucz się jak najszybciej mówić nie.



Teść, teściowa, zięć, synowa…



Dla niektórych już same słowa brzmią negatywnie, tak jakby z góry było już wiadomo, że oznaczają jakiś bolesny i nieprzyjemny status. Zdarzają się osoby, które szybko i chlubnie zdają egzamin wstępny do nowej rodziny i w krótkim czasie zostają uznane za członków klanu. Jednakże inni muszą sporo napracować się, aby wszyscy członkowie nowej rodziny ich docenili.

Oczywiście nie jest tak, że z definicji – każda teściowa nie cierpi synowej, ale trzeba uczciwie przyznać, że synowe często „grają im na nerwach”. Mimo oficjalnych zaprzeczeń matkom często się wydaje, że mają w stosunku do synów jakieś prawo własności, które wcale nie wygasa z upływem czasu. Niezależnie od tego, ile syn ma lat, matka nie zaakceptuje od razu „pierwszej lepszej” kobiety, która przyprowadzi – musi wcześniej pod każdym względem ją ocenić i przebadać. Aprobata przyjdzie jej dużo łatwiej, jeżeli synowa ma taki sam gust, takie same poglądy i snuje te same co ona plany dla mężczyzny ich życia. Biada jednak synowej, która z miejsca próbowałaby zasadniczo zmienić wygląd albo przekonania męża. Teściowej trudno byłoby znieść, że inna kobieta odbiera jej władzę. To właśnie jest częstą przyczyną pierwszych trudności, o ile panie od razu nie skoczą sobie do oczu. Zadziwiające, jak prędko między dwiema osobami może wyrosnąć mur nie do pokonania. Jeżeli fundamenty, całą podstawę relacji zbudowano na niechęci, istnieje ryzyko że ciąg dalszy będzie naprawdę trudny.
Każda ze stron musi więc trochę się hamować. Aby unikać kryzysów, jedna powinna słuchać, co mówi druga, otworzyć się, tolerować różnice. Wstępując do nowej rodziny nie wolno od razu wszystkimi dyrygować ani pouczać, co i kiedy mają robić. Kiedy kobieta i mężczyzna pochodzą z różnych środowisk, to nie znaczy że któreś z tych środowisk jest lepsze. Oczywiście, zakochujemy się w konkretnej osobie, i nie musimy pałać miłością do całej rodziny. Jeżeli jednak kochasz partnera, powinnaś bez większego trudu akceptować i szanować jego pochodzenie, środowisko, a także nieuniknione różnice upodobań, celów i ambicji.
Kiedy „tamci” cie nie akceptują, zachowaj mimo wszystko spokój i przypomnij sobie, że to nie z nimi wzięłaś ślub. Oczywiście, twojemu ego trudno to wytrzymać, bo każdy woli być lubiany niż nielubiany. Pozwól działać czasowi, który, jak powszechnie wiadomo, bardzo dobrze potrafi ułożyć pewne sprawy. Bądź cierpliwa, daj rodzinie męża czas na przyzwyczajenie się do ciebie, do twojej obecności, twojego poczucia humoru. I tylko może postaraj się, żeby twoje żarty były odrobinę mniej sarkastyczne.

„Przyszywani rodzice”, w sensie nowego współmałżonka czy towarzysza życia matki lub ojca, powinni szczególnie dobrze przyswoić sobie sztukę dyplomacji, zanim spotkają się z jej lub jego dziećmi. Nawet jeśli są wspaniałymi ludźmi, ich rola z definicji jest niewdzięczna. Rzadko się zdarza, żeby nie musieli drogo zapłacić tym dzieciom za wtargnięcie w ich życie. Szanse na zyskanie w dzieciach sprzymierzeńców staną się tym większe, im mniej będą wchodzić w rolę matki lub ojca, wydawać polecenia, zmieniać przyzwyczajenia i zwyczaje rodziny – słowem, im mniej będą chcieli rządzić całym domem. Zapędy przywódcze zawsze są wielkim błędem w takim przypadku i często niszczą nowy związek, zwłaszcza jeżeli pasierb czy pasierbica jest w wieku poprzedzającym dojrzewanie albo w trakcie dojrzewania. Tylko ten, kto lubi trudne relacje, pozwoli sobie na taką postawę!

Z kolei żeby uniknąć wojny i konfrontacji, wystarczy niepostrzeżenie wśliznąć się w życie tych młodych ludzi, patrzeć jak się zachowują, ale ich nie oceniać, okazywać cierpliwość i tolerancję, nawet w sytuacjach, od których włosy jeżą się na głowie. Chodzi o to, żeby ich poznać poprzez obserwację (ale bez szpiegowania). Potrzebne jest również otwarcie się na dialog, wymianę, dyskusję. Trzeba pogodzić się z tym, że przez pewien czas jesteśmy postrzegani jako intruz i najeźdźca. To niewdzięczna rola, spróbujmy jednak wejść w skórę młodego człowieka, w którego domu nagle pojawia się ktoś zupełnie obcy, z kim trzeba teraz negocjować i wspólnie żyć.




Najeźdźcy



Najeźdźcy mogą pochodzić zarówno z najbliższe, jak i dalszej rodziny. Ich inwazja przybiera różne formy, trwa raz dłużej, raz krócej, ale zawsze powoduje taki sam dyskomfort. Najeźdźcą bywa na przykład twoja samotna matka, która nudzi się, odkąd ojciec odszedł od niej, albo zmarł. Dzieci wyfrunęły z gniazda, męża nie ma, a ona nie zbudowała sobie nowego, własnego życia. Jeżeli na dodatek charakter czyni z niej osobę zależną od innych, potrafi znaleźć tysiące pretekstów, żeby spędzać z tobą wszystkie weekendy i wakacje. W sobotni ranek nie zdążysz sobie nawet zrobić kawy, a ona już telefonuje. Czasami potrafi nawet wyrywać cię ze snu. Nie dopuści do tego, żebyś się za nią stęskniła. Mówi, że też chce uczestniczyć w zajęciach, które zaplanowałaś dla siebie i dzieci. Dobrze. No bo niby jak miałabyś okazać niezadowolenie, powiedzieć „nie”, w końcu to babcia twoich dzieci, na pewno się ucieszą. Pozwalasz więc, by spędzała z wami każdy weekend, i nie zdajesz sobie nawet sprawy, że otwierasz w ten sposób furtkę uzależnieniu, które cały czas będzie się pogłębiać. A przecież wspólna sobota i niedziela może sprawić ci przyjemność w tym tygodniu, ale niekoniecznie w przyszłym. W dniu, kiedy się okaże, że zrezygnowałeś z wycieczki rowerowej z dziećmi i zostałaś w domu, bo przyjechała mama, będziesz już blisko ostateczności. A kiedy mówiąc o swoich planach wakacyjnych, usłyszysz:
- och, to byłoby super! – zrozumiesz, z niejakim opóźnieniem, że za długo zwlekałaś z reakcją.

Znam pewną młodą rodzinę, która przez dwa czy trzy lata z rzędu wyjeżdżała nad morze razem z babcią. To wystarczyło, żeby babcia uwierzyła, że tak będzie już do końca życia. Kiedy więc w następnym roku młodzi zgodnie postanowili, że wyjadą bez niej, i wreszcie zrozumiała, że nie uwzględnili jej w swoich planach – wpadła w furię. Tak to jest, że kiedy najeźdźca wtargnie już w czyjeś życie, przywłaszcza je sobie. Aż do chwili, gdy „najechany” pójdzie po rozum do głowy, i wyszarpie z powrotem swoją własność, swoje miejsce, swoje życie.

Spróbuj na drodze dialogu wytłumaczyć swojej teściowej, czy matce, wyrażając się delikatnie i dyplomatycznie, że nie masz nic przeciwko temu, by przy różnych okazjach dołączała do was, ale że czasami chcesz również być tylko z mężem i dziećmi. Przypomnij jej, że pracujesz przez cały tydzień i zostaje ci tylko weekend, aby naprawdę zająć się dziećmi albo pobyć sama na sam z mężem, co przecież jest potrzebne waszemu związkowi. Podkreśl, że cała rodzina przez okrągły rok wyczekuje na wakacje, jest zatem i zdrowe, i normalne, żebyście ten krótki okres spędzili w swoim gronie. Może poczuć się zawiedziona, jeżeli jednak ma dobrą wolę, powinna zrozumieć.

Najeźdźcy przybierają niekiedy znacznie gorszą postać niż ta, o której mówiliśmy dotychczas. I tak na przykład może się zdarzyć, że jakaś ciotka podeśle ci „alekiego kuzyna”. Który akurat przyjechał zwiedzić twój region. Nigdy w życiu go nie widziałaś, a on zwala się na trzy dni z żoną i dziećmi. Odczuwasz lekkie zdenerwowanie, ale mimo wszystko w całej tej przygodzie jest coś ciekawego i sympatycznego. Jesteś gotowa odegrać rolę, która ci przypadła, czy oprowadzić gości po mieście i okolicach, pójść z nimi do muzeum, pokazać katedrę. Masz jak najlepsze intencje. Tylko, że…
Prędko orientujesz się, że dzieci są bardzo źle wychowane, dokuczają twojemu dziecku, a ich rodzice w ogóle na to nie reagują. Siadają na kanapie, rozgrzebują widelcem jedzenie, które ugotowałaś, i mówią:
- to nam nie smakuje.
Najbardziej szokuje cię milczenie dorosłych, tak jakby ich to nie obchodziło, albo jakby zgadzali się ze swoimi latoroślami. Zresztą, co do kuzyna i jego zony – widzisz, że to straszne snoby, a w dodatku bałaganiarze. Na podłodze walają się ich porozkładane walizki i ubrania, w łazience zastawili swoimi kosmetykami całą półkę nad wanną, na której zwykle panuje wzorowy porządek. W dodatku nawet palcem nie ruszą, żeby ci pomóc w przygotowywaniu posiłków, i nie zdobyli się choćby na butelkę wina lub pudełko czekoladek w rewanżu za twoją gościnność. Krótko mówiąc, z utęsknieniem czekasz, żeby był już ten trzeci dzień. I tu niespodzianka: trzeci dzień nadchodzi, ale nie zauważasz najmniejszych przygotowań do wyjazdu. Czwartego zresztą też nie. Próbujesz ich wysondować, wypytujesz o plany, a oni wymijająco mówią, że jeszcze nie wiedzą, jak spędzą najbliższe dni wakacji. Tego czwartego dnia, po obfitym śniadaniu, wychodzą jak zwykle na wycieczkę, zostawiając nieposłane łóżka, brudne naczynia na stole i jeszcze kosz pełen bielizny do prania w łazience.

Taka koszmarna historia naprawdę zdarzyła się moim przyjaciołom. Na szczęście szybko poszli po rozum do głowy i przejęli kontrolę nad sytuacją – a także nad swoim życiem. Postanowili, że dłużej już nie pozwolą na te inwazję niegrzecznych, wręcz niecywilizowanych i w dodatku kompletnie niewdzięcznych ludzi. Najeźdźcy dostali to, na co zasługiwali. Kiedy więc wrócili do domu po czwartym dniu zwiedzania, drzwi otworzyła im sprzątająca tam raz w tygodniu kobieta, i oznajmiła, że państwo przepraszają, ale niestety, musieli nagle wyjechać na kilka dni. Cała akcja została przeprowadzona grzecznie i z zachowaniem wszelkich zasad… bez oczywistego kłamstwa, tak żeby nikogo otwarcie nie urazić (uważam, że moi znajomi byli aż nadto uprzejmi!). Kobieta wskazała palcem ich walizki, powiedziała, że w czasie sprzątania poskładała ich rzeczy i powkładała do walizek najlepiej jak mogła. Zaproponowała, żeby jeszcze rozejrzeli się ostatni raz, czy nic nie zostało. Wtedy nareszcie zrozumieli, że są proszeni o natychmiastowe opuszczenie tego miejsca. I tak zrobili. Właściciele mieszkania aż do końca tygodnia ostrożnie nie odbierali telefonów, pozwalając włączać się automatycznej sekretarce, ale nie doczekali się nigdy żadnej wiadomości od „kuzynostwa”. Żadnego podziękowania, żadnego listu, ani krótkiej wiadomości. Nic! Naturalnie było im przykro, że musieli zastosować tak drastyczne środki, woleliby, żeby wszystko odbyło się inaczej. Ale szybko się zorientowali, że to tylko pobożne życzenia. Kuzyni nadużyli ich uprzejmości i nigdy nie zrewanżowali się im choćby w najskromniejszy sposób.



Zazdrośnicy



To właśnie w rodzinie zazdrość wyrządza najwięcej szkód, mimo że jej przejawy spotykamy również w środowisku zawodowym i ogólnie w życiu społecznym.

Zazdrość przybiera bardzo różne formy i pewne jest tylko to, że wszystkie potrafią tak samo ranić. Mimo to warto pamiętać, ze paradoksalnie tam, gdzie jest zazdrość, niedaleko jest i miłość. Co nie zmienia faktu, że nawet kiedy zazdrośnik w gruncie rzeczy nas kocha, niestety to zazdrość okazuje się silniejsza, a spowodowane nią cierpienie jest silniejsze, niż słodycz miłości. Ale nie tylko zazdrość tego co kocha potrafi zatruć wzajemne relacje.

Czego co można zazdrościć? Po prostu twojego szczęścia. Każdy może być o nie zazdrosny – koleżanka z pracy, twój życiowy partner, sąsiadka albo szef. Niektórzy do tego stopnia nie mogą znieść szczęścia innych, że starają się otaczać ludźmi nieszczęśliwymi. Wydaje się to przesadą, ale niestety tak jest. Kiedy już mają koło siebie wianuszek tych biednych, chorych i nieprzystosowanych do życia istot, odgrywają piękną rolę protektora, który pomaga ofiarom losu. Kiedy widzą, jak tamci się szamoczą, przeżywają trudne okresy, sami czują się silni i wpływowi. Z chwilą, gdy problemy tamtych osób znikają, oni też schodzą ze sceny, bo czują się niepotrzebni.

„Przedstawiciele” następnej kategorii zazdrośników okazują się o wiele groźniejsi, ponieważ są to ludzie, którzy bez przerwy dążą do unieszczęśliwiania innych. To wstrętni manipulatorzy, których życie przepełnia pustka, nawet jeśli zawsze sprawiają wrażenie, że bardzo się spieszą i mają milion spraw do załatwienia.
Tacy ludzie zwykle cierpią na ciężki kompleks niższości. Nie wierzą w siebie i cierpią z powodu pustki uczuciowej – najczęściej już od dzieciństwa. Ponieważ są niezdolni czymkolwiek ją wypełnić, każda szczęśliwa osoba w otoczeniu wzbudza ich zazdrość i myślą już tylko o tym, jak zniszczyć jej szczęście. Kiedy taki zazdrosny i źle nam życzący najeźdźca, którego przynajmniej na początku nikt nie podejrzewał o taki charakter, zniknie nagle z horyzontu, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki znikną z nim również nasze problemy.

Niejeden związek rozpada się z powodu zazdrości. Trzeba jednak naprawdę mieć nosa, żeby się zorientować, że przyczyna zła leży w zazdrości. Ten, kto ją odczuwa, nigdy się do niej nie przyzna, bo to brzydkie, niezdrowe uczucie, którym nie ma co się chwalić. Poza tym trudno nad nią zapanować. Wyobraź sobie, że ojciec jest zazdrosny o swoje nowo narodzone dziecko, które słodko leży na piersi jego żony. Powiesz, że to nienormalne, niewiarygodne – a jednak często tak właśnie bywa. Taki rodzaj zazdrości, jeśli się jej nie zauważy w porę, może mieć fatalne konsekwencje. Niektóre pary po przyjściu na świat dziecka przeżywają wielkie trudności, które kończą się rozpadem rodziny. Otoczenie rzadko zna prawdziwy powód rozstania, a często jest nim właśnie zazdrość. Ojcowie niezdolni przyjąć do wiadomości i zaakceptować tego bardzo bliskiego, a przy tym całkowicie uzasadnionego i normalnego związku między matką a niemowlęciem są znacznie liczniejsi, niż nam się wydaje. Tacy mężczyźni hodują w sobie żal, a nawet niechęć i złość zarówno do żony, jak i do dziecka. Jeżeli ani mąż, ani żona nie potrafi prawidłowo podejść do tego problemu, jedynym wyjściem jest rozstanie.

Zdarza się, że matka zazdrości córce i odwrotnie, a wtedy obie próbują rywalizować urodą, wyglądem, ubraniami. Niektórzy wpadają w depresję na przykład dlatego, że młodszy brat, lub siostra dostali wspaniały awans, dzięki któremu o wiele lepiej zarabiają i żyją w nieporównywalnie lepszych warunkach.

Osoba, która widzi, że jest obiektem zazdrości, często czuje się jeszcze bardziej nieszczęśliwa niż sam zazdrośnik. Poza tym zazdrość nie tylko wprowadza trudności i napięcia we wzajemnych stosunkach, ale i naraża obie strony na przykre straty, trwałe urazy, czy też na zerwanie. Bardzo trudno jest żyć ze świadomością zazdrości ze strony matki, ojca, czy brata. Oprócz wielkiego smutku, taka zazdrość może w końcu wywołać nienawiść. Żeby nie znaleźć się w takim punkcie, należy przede wszystkim unikać porównywania się z innymi, bo porównywanie się to początek zazdrości. Wśród tych, których kochamy i których nie chcemy stracić, trzeba rozpoznać osobę zazdrosną i podtrzymywać ją w tym co robi, chwalić i jej gratulować. Taka inteligentna, mądra postawa osłabia rywalizację, a skłonnej do zazdrości osobie dodaje pewności siebie, dzięki czemu sama myśl o konkurowaniu gdzieś znika.

Każdy ma w życiu określone miejsce, siły, umiejętności, talenty i sukcesy. Każdy idzie własną drogą i zbiera to, co posiał. W związku z tym przyjrzyjmy się historii dwóch sióstr – Heleny i Jolanty. Rozumiały się wspaniale aż do momentu gdy Helena skończyła medycynę – jedną a potem drugą specjalizację, a potem rozpoczęła pracę w prywatnej klinice z pensją 200 000, 00 zł rocznie. Siostry były do siebie bardzo podobne, miały ten sam poziom inteligencji, a od rodziców dostały tyle samo miłości. Pewnego dnia Helena dokonała wyboru: postawiła na naukę i pracę, podczas gdy Jolanta wybrała dziedzinę, która nie wymagała takiego wysiłku, długich lat nauki, i dzięki której mogła zacząć zarabiać szybko, ale niewiele.

Kiedy Jolanta patrzy dziś na wygodne życie siostry, jej duży dom i dobry samochód, zagryza wargi. Jest zazdrosna i dlatego ich stosunki nie są już takie jak dawniej. Wszystko je teraz dzieli. A jednak Helena nie jest samolubna. Wobec Jolanty i rodziców okazuje hojność, w miarę możliwości stara się z nimi dzielić. Jolanta może by i wolała w ogóle niczego od niej nie dostawać. Wtedy sytuacja byłaby jasna: ona jest zamożna, a ja biedna. Ich kontakty spowija aura niedopowiedzeń. Każdej jest smutno i każda sama męczy się ze swoim smutkiem, nie mając odwagi porozmawiać – bezpośrednio czy nawet okrężnie - o tym, co stanowi sedno problemu. Jedno jest pewne: Helena nie powinna ulegać poczuciu winy, to byłby szczyt śmieszności. Osiągnęła w życiu sukces – przynajmniej zawodowy – powinna być z tego dumna i przede wszystkim nie kryć się z tym.


„Kontrolerzy”



„Kontrolerzy, to ludzie którzy chcą, żeby wszystko układało się zgodnie z ich planem, kosztem jak najmniejszego wysiłku. Wszystko potrafią urządzić w mgnieniu oka.
- W tym roku to my organizujemy święta. Wynajęliśmy dwa apartamenty w górach między 23 a 27 grudnia, macie przyjechać. Zobaczycie, będzie fantastycznie!
Chwileczkę, czy można zabrać głos? Dziękuję…, Oczywiście, ich intencje są dobre, ale jedno jest pewne: mają problem z komunikowaniem się. Przecież mogli to wyrazić inaczej…. Taka propozycja, gdyby ją właściwie przedstawić, na pewno wzbudziłaby żywe zainteresowanie. Tymczasem oni wysunęli ją w taki sposób, że z jednej strony mamy wrażenie, że ktoś nas do czegoś zmusza, a z drugiej – że nie mamy prawa niczego zmienić. Będzie tak, tak, i tak, koniec kropka.
- Jak wam się nie podoba, zostańcie w domu.
Właśnie na to mamy ochotę!

Oto inny przykład – dwóch braci, Romana i Krzysztofa. Przez długie lata Roman przyzwyczaił się, że to on organizuje Dzień Matki. Robił to jak najlepiej … dla siebie. Zapraszał wówczas mamę oraz teściową na kolację, a Krzysztof nie miał innego wyjścia, tylko się do tego dostosować. Dzięki temu Roman za jednym zamachem wywiązywał się z podwójnego obowiązku, i nie musiał tracić całego dnia. Jego rozumowanie wyglądało tak:
- Przecież postępuję bardzo ładnie. Co można mi zarzucić? Sprawiam przyjemność nie tylko własnej matce ale i teściowej.
Zapominał, że taka sztywna, uświęcona formuła nie zostawia wyboru jego bratu, albo tylko udawał niewiedzę. Tymczasem Krzysztof już od kilku lat miał tego dosyć. On też miał teściową i żonę, której chciał tego dnia urządzić razem z dziećmi miły wieczór. Zaproponował więc Romanowi, żeby obchodzili Dzień Matki w restauracji, tak, by wszyscy mogli mieć z tego przyjemność. Ale brat nie chciał nawet o tym słyszeć, bo nie dość, ze dążył do sterowania sytuacją, to jeszcze był skąpy. W końcu pewnego roku Krzysztof przejął inicjatywę. Zamiast dzwonić do brata i pytać, czy nie chciałby zmienić trochę scenariusza, zatelefonował bezpośrednio do matki i zaprosił ją do restauracji. Omówił z nią ewentualną odmowę uczestnictwa ze strony Romana i ustalił, że nawet w takim przypadku nie zmienią planów. Roman oczywiście odmówił. Przyjął matkę u siebie w sobotę na obiedzie, a Krzysztof poszedł z nią wieczorem do restauracji. Nie wiadomo, czy to przypadek, że od tego czasu stosunki między braćmi trochę się ochłodziły. „Kontroler” stracił kontrolę. To dla niego bolesne, ale za to inni smakują słodycz zwycięstwa.



Trudne dzieci



Dzieci są zwykle urocze, słodkie, zabawne i czułe, ale zdarzają się też latorośle kapryśne, impertynenckie, zuchwałe, bezczelne, niegrzeczne i aroganckie. Pamiętajmy, że na pewno jest tak po części z naszej winy. Jako rodzice za łatwo ulegaliśmy, nie potrafiliśmy postawić granicy tam, gdzie trzeba było, i teraz za to płacimy. Ale nie będziemy przecież tak płacić aż do końca życia i nic innego nie robić. Nigdy nie jest za późno, by chwycić byka za rogi i spróbować naprawić szkody. Nie czekaj z reakcją do czasu, aż dziecko będzie cię wodzić za nos. Miałabyś do niego wielkie pretensje, nawet jeżeli powinnaś je mieć do siebie. Twoje dziecko samo siebie nie rozpuściło. Co nie zmienia faktu, że jest teraz trudne i nieprzyjemne. Powinnaś je wychowywać surowiej, jakkolwiek wcale nie musisz się nieustannie gniewać.

Nawet bardzo małe dzieci rozumieją znacznie więcej niż nam się wydaje. To doprawdy żenujące, że niektórzy rodzice zwracają się do swoich latorośli tak, jakby były głupsze od pieska lub kotka. Z kolei inni prawie zupełnie je ignorują, jakby nic nie czuły i nie były częścią świata. Takie postępowanie tylko opóźnia przyswojenie sobie zasad zachowania w społeczeństwie, których musi się nauczyć każda jednostka. Im większe dziecko, tym mniej akceptowalne są jego złe maniery, przede wszystkim dla rodziców, którzy żyją z takim małym potworem na co dzień, ale też dla pozostałych członków rodziny, mających z nim styczność od czasu do czasu.

Liczba kłótni rodzinnych wywołanych przez źle wychowane dzieci jest niewyobrażalna. Powiedzieć komuś, że ma źle wychowane dziecko, to przecież okropna zniewaga. Obrażona matka zrywa się od stołu, nawet jeżeli daleko jeszcze do końca posiłku. Kiedy twój źle wychowany potomek naprzykrza się gościom, nie dziw się, że ten czy ów postara się jak najszybciej wymknąć z twojego domu, a następnym razem dobrze się zastanowi, czy przyjąć zaproszenie. Często kontakty między rodzeństwem ustają właśnie z tego powodu. Siostry czy bracia przestają się wzajemnie odwiedzać z obawy przed numerami, jakie potrafi wykręcić mały potwór, któremu rodzice pozwalają robić, co chce.

Sama wiesz, jak to jest: jeśli po wizycie siostry i jej dzieci twoje mieszkanie wygląda jakby przeszedł przez nie tajfun, zaczynasz ograniczać zaproszenia. Chyba że masz tyle odwagi, by podjąć ten bardzo, ale to bardzo drażliwy temat. Jeżeli w życiu są sprawy, które należy załatwiać w rękawiczkach, ta właśnie do nich należy. Przede wszystkim nie mów siostrze prosto z mostu, że ma źle wychowane potomstwo. Na tym terenie musisz wykazać się sporą subtelnością i dyplomacją. Ale jeżeli rodzice nie interweniują, a ty masz już powyżej uszu wrzasków i demolowania swojego domu, zareaguj. Jesteś u siebie, masz prawo wymagać trochę porządku. Poproś dzieci, żeby się uspokoiły, mówiły ciszej i odniosły poduszki na miejsce. Poproś też, żeby poskładały zabawki. Być może w domu tego nie robią, może nikt tego od nich nie wymaga, ale u ciebie tak właśnie ma być. W końcu nie pozwolisz chyba, żeby takie małe stworzenia popsuły twoje kontakty z dorosłymi!



Ptaki, które wracają do gniazda



Prawda, że kochamy nasze dzieci ponad wszystko, ale jeżeli są dorosłe, opuściły dom rodziców, a po jakimś czasie wracają, wymaga to sporego wysiłku przystosowawczego oraz potężnego kompromisu. Powrót jest zazwyczaj wywołany kryzysem w życiu naszego dziecka: rozwodem, utratą pracy, śmiercią współmałżonka, czyli jakimś dramatem, który oczywiście komplikuje sytuację. W obliczu nieszczęścia wszyscy – zarówno rodzice, jak i dorosłe dziecko, są smutni, nieszczęśliwi, zniechęceni. W takich warunkach jedna iskra może wywołać pożar. Wszyscy są bardzo drażliwi i nawet przy najlepszych chęciach trudno uniknąć konfliktu. W krótkim czasie rodzice i dzieci przypominają sobie stare spory, które dzieliły ich kiedyś, w czasach wspólnego zamieszkiwania. Wady każdego z nich, które przestały być widoczne, kiedy widywali się tylko sporadycznie, znowu się uzewnętrzniają i zdają się jeszcze bardziej nieznośne niż dawniej.

Rodzice czują się szczęśliwi, kiedy na powrót otwierają przed dzieckiem drzwi do domu, ale nie chcą trzymać go za każdą cenę i to do końca życia. Wielu dorosłych ludzi sądzi, że to normalna rzecz wkraczać w życie własnych rodziców, toteż się do nich „przyczepiają”, lecz wcale nie wyrażają wdzięczności albo, co gorsza, jeszcze się skarżą. Wydaje się im, że są gośćmi rodziców, ci zaś wcale nie mają ochoty występować w roli służących. Są gotowi dać latorośli dach nad głową, łóżko, pokój, wyżywienie, ale – spodziewają się w zamian minimum – a właściwie więcej niż minimum - współpracy. Bo przecież ich dziecko nie jest już maluchem. To dorosły, który prowadził już gdzie indziej samodzielne życie, i trwało to wystarczająco długo, żeby się dowiedzieć, jak funkcjonuje dom. Nie może więc spychać wszystkiego na starzejących się rodziców, którzy mają prawo trochę odpocząć w środkowym, czy też końcowym okresie życia. Dziecko nadużywające ich dobroci powinno się więc szybko przywołać do porządku. Nie ma powodu, żeby rodzice znosili taką sytuację. Mają prawo wymagać od dorosłego człowieka współpracy, a w przypadku odmowy postawić ultimatum, które może się skończyć nawet żądaniem opuszczenia domu.





Na to dane mi są oczy, bym zauważała innych. Uszy, bym ich słyszała. Nogi, bym do nich spieszyła. Ręce, bym ich podtrzymywała. Serce, bym ich kochała.
^ewaty2
Użytkownik lokalny

Napisanych postów: 339
Ostatni post: 2017-10-16 18:11:42


Napisz prywatna wiadomosc do tego autora
3. RE: Asertywność Odpowiedz
2013-09-19 23:14:35 | URL: #
    Dzisiaj na terapii mieliśmy wykład o asertywności. Z tym u mnie bardzo kiepsko, póki co. Pomyślałam, że poszukam więcej informacji na ten temat na Forum. No i znalazłam.
Dziękuję, że jesteście.

^Zoja
Użytkownik lokalny

Napisanych postów: 3500
Ostatni post: 2014-03-21 08:52:20


Napisz prywatna wiadomosc do tego autora
4. RE: Asertywność Odpowiedz
2013-09-19 23:45:28 | URL: #
    Ewa, super,że znalazłaś ten wątek.Też poczytam,bo mł. córka po trzech miesiącach - na razie nieśmiało "puka" do drzwi.U mnie asertywność w teorii super, trzeba mi to przekuć na real


Wolnośc zaczyna się tam, gdzie kończy się strach.
Wyświetlam 24 wiadomości na 3 stronach [<<< 1 2 3 ]


Użytkownik: Gość
Status: Niezalogowany

Statystyki
Na forum jest 1 użytkowników. W tym: 0 zalogowanych, 1 gości
Na forum znajduje się 102501 wiadomości w 2606 wątkach.

:: Odpowiedz :: Spis wątków :: Napisz nowy wątek :: Spis kategorii :: Szukaj :: Zaloguj się :: Przypomnij mi moje hasło! - Zarejestruj się

 
Forum dyskusyjne obsługiwane przez
free4web.pl - Darmowe narzędzia dla webmastera