Logo  
Menu
- Odpowiedz
- Spis wątków
- Napisz nowy wątek
- Spis kategorii
- Szukaj
- Zaloguj się
- Przypomnij mi moje hasło!
- Zarejestruj się
- tenjaras.pl

 
Wszyscy tu jesteśmy, ponieważ nam wszystkim czegoś brakuje.
Administratorzy i moderatorzy tego forum podejmą starania mające na celu utrzymanie porządku, usuwania wszelkich materiałów
uznawanych za obraźliwe, niezgodne z prawem, oraz nie pozostające w zgodzie z celem tego forum.
Takie wpisy będą usuwane bez ostrzeżenia, a wobec autorów naruszających prawo mogą być podjęte procedury prawne.
Na forum każdy ma prawo do własnego tematu, w którym będzie pisał o swoich doświadczeniach.
Administratorzy i moderatorzy mają obowiązek zadbania o poczucie bezpieczeństwa na forum.
W odpowiedziach piszemy na temat. Nie krytykujemy i nie oceniamy innych, nie udzielamy rad,
piszemy tylko o własnych doświadczeniach, poglądach i przeżyciach w sytuacjach podobnych do
przedstawionych przez innego uczestnika forum.
Miejmy na uwadze, że administratorzy i moderatorzy nie są w stanie weryfikować każdego wpisu,
oraz nie sprawują nad wpisami stałego nadzoru i nie odpowiadają za ich treść.
Nie gwarantują też prawdziwości, czy aktualności zamieszczanych tu informacji.
Wpisy kreują wizerunek poszczególnych użytkowników, niekoniecznie zaś wizerunek całego forum dyskusyjnego.



Forum u Jarasa » Rozmowy na temat » Krok III - Pozwol... »
Ostatnia wiadomość w wątku: 2017-03-19 09:57:04 napisana przez ^ela_102
Pokaż ostatnią wiadomość

Wyświetlam 34 wiadomości na 4 stronach [<<< 1 2 3 4 >>>]
^ela_102
Moderator

ela_102

Napisanych postów: 11102
Ostatni post: 2018-02-12 09:49:47
GG: 7471670



Napisz e-mail do autora Odwiedź stronę domową autora Napisz prywatna wiadomosc do tego autora
1. RE: Krok IIII - Pozwolę, aby mi pomogli Odpowiedz
2010-03-23 12:56:12 | URL: #
    Gdy trafiłam na Mityng AA, krok trzeci w całości zinterpretowałam jako mój akt oddanie się w ręce Boga, w którego zawsze wierzyłam, w moim dnie alkoholowym. Bo oto właśnie wtedy postanowiłam przestać walczyć z nim (zupełnie jak Jakub z Aniołem) i oddałam mu całkowicie swoją wolę i przyszłość.
To był absolutny akt poddanie się - Boże! Niech mi ktoś pomoże!

Jakub w walce stracił władzę w jednej nodze, jak powiadają mądrzy, by wolnych poznać po tym, że KULAWI. Ja też dostałam swoją "koślawość", alkoholizm. No i jestem kulawa, ale WOLNA.

Uświadomienie sobie tego, że rzeczywiście choruję na alkoholizm, zajęło mi trochę czasu i tak jak napisałam wyżej dla mnie AA - to bonus od Pana Boga.
On mi wskazał drogę do tego miejsca i przekonał, że jest to miejsce dla mnie.

Zrozumiałam dość szybko, że powierzenie się sile wyższej (grupie AA) to nie czołobitność, poddaństwo i rygor. To odnalezienie się wśród ludzi tak samo jak ja "kulawych", którzy mają mi do przekazania pewną mądrość z której mogę skorzystać uzdrawiając własne życie, by potem przekazywać ją innym kulawcom. Sama obecność tych ludzi, poczucie Wspólnoty powodowało, że wracał do mnie komfort bytu własnego. Upatrzyłam sobie ludzi którzy mi imponowali tym, jacy byli i za nimi podążałam. Byli też tacy którzy dokładnie pokazywali mi jak nie należy postępować, wiecznie wpadając w kłopoty.



Rozmowa ze mną - Alkoholizm Kobiet
Moja strona - Prostownia



^dromax
Użytkownik lokalny

Napisanych postów: 491
Ostatni post: 2010-10-04 21:48:22

Ostrzeżenia: 100%

Odwiedź stronę domową autora Napisz prywatna wiadomosc do tego autora
2. RE: Krok IIII - Pozwolę, aby mi pomogli Odpowiedz
2010-03-26 15:44:26 | URL: #
    ^marianna napisaďż˝/a:
> Ważne jest aby oddzielić religię od duchowości.
> Tego też nauczyłam się, że jedno z drugim nie ma
> nic wspólnego. Moja wizja Boga idzie w parze z
> moim duchowym wnętrzem, ale to są dwie równoległe
> proste, idą w jedną stronę, ale osobno, nie
> zakłócając siebie nawzajem.
> Taka jest moja refleksja na temat Trzeciego Kroku.
>
========================================
A dlaczego oddzielać religię od duchowości?
Nie sądzę by to było konieczne.
Przecież istnieją takie pojęcia jak:
- duchowość chrześcijańska
- duchowość muzułmańska
- duchowość judaizmu
- duchowość katolicka

Można swój rozwój duchowości skorelować z rozwojem swojej wiary, swojego wyznania.
Przecież alkoholik ma zaburzone obie te sfery. Może pracować i powinien i nad jedny i nad drugim. A najlepiej razem.
Duchowość chrześcijańska szalenie różni się od duchowości ateistycznej - nie sadzisz?

^jaras
Administrator

jaras

Napisanych postów: 1568
Ostatni post: 2014-12-24 12:44:58



Napisz e-mail do autora Odwiedź stronę domową autora Napisz prywatna wiadomosc do tego autora
3. RE: Krok IIII - Pozwolę, aby mi pomogli Odpowiedz
2010-03-26 19:13:23 | URL: #
    Dromaks, przecież w 3 Kroku nie chodzi o poszukiwania religijne. Najkrócej mówiąc chodzi tu jedynie o uświadomienie sobie, że to wszystko wokół ma jakiś sens i że możemy do niego dołączyć bez poczucia winy.

3 Krok niczego nie finalizuje, a już na pewno dialogu z Bogiem. Wbrew pozorom, nawet nie trzeba go jeszcze zaczynać. To nie jest Krok 5, ani tym bardziej 11. Wszystko ma swoje miejsce i czas.


moja strona dla alkoholików
____________________________
----------------------------

^marianna
Użytkownik lokalny

marianna

Napisanych postów: 5664
Ostatni post: 2013-08-24 20:56:27



Napisz e-mail do autora Napisz prywatna wiadomosc do tego autora
4. RE: Krok IIII - Pozwolę, aby mi pomogli Odpowiedz
2010-03-26 19:56:26 | URL: #
    Odpowiadam Dromaxowi przytaczając poniższy tekst:

CO TO JEST ROZWÓJ DUCHOWY?

Każdy z nas ma wiele pragnień. Jednym nich jest samorealizacja i osiągnięcie szczęścia. Jak tego dokonać? To pytanie jest stawiane przez nas wielokrotnie i jakże często nie możemy znaleźć na nie odpowiedzi. W życiu codziennym cały czas dążymy do tego, aby posiadać jeszcze więcej pieniędzy, jeszcze więcej akceptacji ze strony innych ludzi, więcej od nich miłości, więcej spokoju, więcej, i więcej... Kiedy wreszcie nastąpi ten moment, gdy stwierdzimy, że posiadamy już wszystko, do czego tak usilnie dążyliśmy cały czas?
Ten moment to osiągnięcie absolutnego szczęścia. A co ono oznacza? Tak naprawdę mało jest ludzi, którzy to wiedzą, którzy tego doświadczają. Dla jednych szczęście to właśnie posiadanie samochodu, dużego domu z basenem, atrakcyjnej partnerki, wysokiego stanowiska w pracy. Dla innych szczęście może mieć bardziej wysublimowaną postać: kochająca się rodzina, dobra praca, grono wspaniałych przyjaciół. Dla jeszcze innych absolutne szczęście osiągane jest, gdy zostaje się świętym. Są wreszcie też tacy, dla których oznacza ono stan bycia oświeconym. Niektórzy na pewno stwierdzą, że są szczęśliwi i do szczęścia nic im więcej nie jest potrzebne. Jest to prawdą, gdy czujesz się Drogi Czytelniku spełniony, w pełni zdrowy, masz tyle pieniędzy ile Ci potrzeba, czujesz się kochany, odczuwasz pełną harmonię oraz porządek na tym świecie. Życzę tego każdemu człowiekowi. Ale czy każdy jest szczęśliwy? A tak w ogóle, to co to ma wspólnego z rozwojem duchowym? Co to w ogóle jest rozwój duchowy?

WZROST JAKOŚCI ŻYCIA

Dla mnie rozwój duchowy jest nieustannym podnoszeniem jakości mojego życia. Dla jednych wysoka jakość życia może oznaczać dużą ilość dóbr materialnych, dużą ilość seksu, udane życie rodzinne, zawodowe. Inni, aby osiągnąć wysoką jakość życia, zostają zakonnikami, joginami, ascetami. Czy to oznacza, że są dwa rodzaje szczęścia? Czy oświeconym bądź też świętym może zostać tylko człowiek religijny, częstokroć wyrzekający się pieniędzy, seksu, przyjemności? Czy Bóg naprawdę żąda od nas ofiary, abyśmy mogli otrzymać od niego zdrowie, szczęście, pomyślność, duchowe spełnienie? Czy Bóg to handlarz, dający nam tylko wtedy, gdy my jemu coś damy? Czy jemu w ogóle coś od nas jest potrzebne? Przecież Bóg to pełnia, całkowita wystarczalność, on posiada wszystko - on jest wszystkim.
Dla mnie szczęście jest jedno, podobnie jednoznaczne jest dla mnie pojęcie wysokiej jakości życia będącego pełnią wartości materialnych i duchowych. Zdrowie, spełnienie, przyjemność, zadowolenie, dostatek, radość, miłość, wolność, pewność, szczęśliwość i wiele innych rzeczy składających się na życie pełne, szczęśliwe, wysokiej jakości. Dla mnie rozwój duchowy oznacza nie tylko urzeczywistnienie w moim życiu prawdy, miłości czy sprawiedliwości. To jest również urzeczywistnienie dostatku materialnego i przyjemności płynącej np. z seksu. Seks bez ograniczeń? Czym w ogóle są ograniczenia?
Dla wielu osób rozwój duchowy kojarzy się z wyrzeczeniami: celibatem, ubóstwem, odosobnieniem. Powodują one ucieczkę, odgrodzenie się od "pokus" tego świata. Jednak ucieczka od tego, co jest we własnym umyśle nie powoduje oduzależnienia się od różnych uciech i przyjemności. Po co się oduzależniać? Seks, pieniądze oraz wszelkie inne przyjemności są jak najbardziej dla nas wszystkich i każdemu życzę doświadczania ich w pełni w swoim życiu. Jednak często stają się one jedynymi wartościami, które nie dając poczucia spełnienia powodują pragnienie posiadania ich w coraz większej ilości - w nadziei, że gdy będzie ich więcej, gdy różne doznania będą bardziej intensywne, wtedy doświadczymy wreszcie szczęścia. Jakże często staje się to jedynym celem życia. Towarzyszy temu zamknięcie się na uczucia wyższe: miłość, ciepło, piękno, radość, harmonię.

PEŁNIA OBFITOŚCI

Można jednak żyć korzystając w pełni z tego świata jednocześnie nie uzależniając się od niego. Okazuje się wtedy, że nie ma potrzeby otaczania coraz większą ilością dóbr materialnych. Nie ma wtedy też, co istotne, potrzeby sztucznego odgradzania się od przyjemności i bogactwa. Nie ma odrzucania tego wszystkiego. Zadowolenie, szczęście, radość mogą płynąć z wewnątrz, bez uzależniania się od warunków panujących na zewnątrz. Nie trzeba ich już szukać, starać się o nie, zabiegać. Pojawia się wtedy w umyśle oraz w życiu dostatek, harmonia, spokój. To co jest w umyśle, jest również w życiu.
Jak osiągnąć tą wewnętrzną harmonię, poczucie obfitości i dostatku? Szukanie tego na zewnątrz powoduje odejście od siebie samego, przeniesienie uwagi na to, co jest na zewnątrz: na ideały, wzorce postępowania, autorytety. Często jesteśmy przyzwyczajeni do naśladownictwa innych osób, które - jak się nam wydaje - posiadają patenty na szczęśliwe życie. Związane jest to z oczekiwaniami i wywieraniem presji na tych ludzi, aby w jakiś sposób odmienili lub przyczynili się do odmiany naszego losu. Dużo w tym jest wysiłku, trudu, niepewności, napięcia. Tego, czym jest Bóg, nie da się nauczyć. Nie da się tego nauczyć od innych ludzi, księży, guru, mistrzów duchowych. Mogą oni jedynie wskazywać, jak się do Boga zbliżyć, jak urzeczywistnić jego bogactwo w życiu. W codziennym życiu wykorzystujemy najczęściej tylko część świadomą umysłu oraz logikę. Natomiast do Boga można zbliżyć się poprzez kontakt z częścią nadświadomą przy udziale podświadomości. Ta pierwsza jest źródłem najczystszych, najwyższej jakości inspiracji. Kontakt z nią to kontakt z Bogiem. Ta druga zawiera pamięć naszych wszystkich doświadczeń, zarówno pozytywnych jak i negatywnych. Doświadczenia te tworzą nasz obraz świata. Takie jakie one są, takie jest nasze życie.

ZMIANA NA LEPSZE

Chęć zmiany naszego życia, realizacji pragnień, spełnienia marzeń to za mało, aby dokonać zmian. Do tego potrzebny jest udział podświadomości, praca z nią. Jest wiele technik temu służących. Często stawia ona opór przed rozstaniem się ze starymi, negatywnymi wzorcami. Nie jest ona logiczna. Nie trafiają więc do niej logiczne argumenty. Wyraża się poprzez język odczuć i emocji. Swym funkcjonowaniem przypomina małe dziecko. Zresztą w wieku dziecięcym każdy z nas posługiwał się w większym stopniu podświadomą częścią umysłu. Niemowlaki nie rozumieją słów, nie znają liczb. Uczą się dopiero logicznego myślenia. Komunikują się ze światem przy pomocy odczuć i emocji. Odczucia wyrażają poprzez śmiech i płacz. W podobnej formie odbierają komunikaty z zewnątrz. Nie rozumieją słów, ale rozumieją bliskość matki lub jej brak, rozumieją co oznacza uśmiechnięta twarz, odczuwają też strach. Podświadomość doskonale wie, co to jest np. ból, cierpienie, niegodność. Oczywiście oprócz negatywów zna pozytywy. Jednak aby uwolnić się od tych pierwszych trzeba ją przekonywać uświadamiając sobie jaką cenę się płaciło przez trzymanie się ich. Trzeba też wskazać jej korzyści płynące z nowych, pozytywnych wzorców. To pozwala na uwolnienie się od nich, puszczenie ich. Można dokonywać tego np. poprzez rozmowę z samym sobą, oczyszczające procesy, regresing. W dalszej kolejności dobrze jest je zastąpić przez pozytywy. Nie wystarczy tu tylko wmawiać sobie, wbrew temu co dzieje się w życiu, że wszystko jest w porządku, mam dużo pieniędzy, jestem szczęśliwy i uśmiechać się na siłę. Aczkolwiek pozytywne nastawienie jest korzystne zawsze, to jednak pozytywy do naszego życia mogą przyjść poprzez doświadczanie ich. Jak wprowadzać do podświadomości pozytywne doświadczenia?
To co myślimy, mówimy i czynimy manifestuje się w naszym życiu w postaci odpowiadających im faktów i zdarzeń. Funkcjonuje tu prawo kreacji oraz prawo przyczyny i skutku, zwane prawem karmy. Wszystko rozpoczyna się od myśli. Jakie myśli, takie życie. Zdarzenia w naszym życiu kształtują nasze myśli, więc jest tu sprzężenie zwrotne. Myśli można jednak zmieniać. Nie na siłę, lecz pozwalając sobie na myśli pełne radości, łatwości, pomyślności. W normalnym, codziennym życiu, w stanie świadomym umysłu przeszkadzają temu często zniechęcenie, przygnębienie, zmęczenie, złość i inne negatywne emocje. Jednak w stanie relaksu, dającym odprężenie i wyciszenie pojawia się przestrzeń w naszym umyśle na pozytywne myślenie. W tym stanie przychodzi to znacznie łatwiej. Dzięki temu rodzi się nasza otwartość na pozytywne myślenie, pozwalanie sobie na wyższą jakość. Gdy pozostajemy w tych myślach, wzmacniają się one. To bycie w nich nazywa się medytacją w temacie. W takim temacie, na jaki mamy ochotę, w jakim chcemy, aby zmieniło się nasze życie. Warto podczas medytacji zadawać sobie np. takie pytania: Czym jest radość? Jak można przejawiać radość w pracy? Jak można przejawiać radość w związkach z ludźmi? Czym jest bogactwo? Czym jest piękno? Czym harmonia? W tym stanie umysłu przychodzą do nas boskie inspiracje. Rozwijamy i odkrywamy znaczenie tych cech. Wystarczy trzymać się tematu, a myśli z nim związane zaczynają się pojawiać spontanicznie. Boskość to właśnie m.in. spontaniczność, łatwość, radość. Wspaniale jest odczuwać wyższe uczucia w sposób spontaniczny i nieuwarunkowany. To odczuwanie pozwala na kontakt z samym sobą, kontakt z boskością w sobie. Pozwala dawać sobie to, czego żądaliśmy od innych ludzi i całego świata. W ten sposób sami dajemy sobie to, o czym od dawna marzyliśmy. Umysł, w którym coraz więcej jest pozytywnych myśli doświadczonych w medytacji, przejawia je w życiu. To jest jedna z form medytacji.

ŚWIADOMOŚĆ BOGACTWA

Medytacja to stan głębokiego relaksu i wyciszenia, stan pełnej uważności oraz stan rozszerzonej świadomości. Uważność to pewien rodzaj skupienia. Słowo to kojarzy się trochę z wysiłkiem, ale medytacja polega na odprężeniu, rozluźnieniu, z którymi idzie w parze łatwość oraz lekkość. A czym jest rozszerzona świadomość? Tak naprawdę to nie istnieje definicja świadomości. Ewolucjoniści łączą ją z informacją, wiedzą i komunikowaniem. Jest to faktycznie pewien rodzaj wiedzy, ale nie związanej z danymi, liczbami, słowami, ale z odczuwaniem. Intuicyjnie każdy z nas wie, co to jest świadomość. To jak gdyby wiedza, odczuwanie tego, że się jest, że istniejemy, odczuwanie przy pomocy zmysłów tego, że jest świat, że to wszystko co nas otacza istnieje. Zapachu czy smaku nie da się opisać słowami, aby druga osoba mogła wyobrazić go sobie, by mogła go poczuć. To trzeba poczuć samemu. Odczuwanie jest jedną z funkcji podświadomości. Podczas medytacji łączy się ona z nadświadomością i w ten sposób możemy odczuwać to, co najlepsze. Poprzez te nowe doznania poszerza się nasza świadomość. Coraz więcej odczuwamy. Odczuwamy, że istnieje pełna harmonia, pełna obfitość, niczym nie uwarunkowana miłość. To poszerzanie świadomości sprawia, że już nie tylko wiemy - na poziomie rozumowym, że Bóg jest nieograniczony. My jesteśmy tego świadomi, czujemy to. Jesteśmy pewni, że z tej nieograniczoności możemy korzystać. Gdy nasz umysł przekona się o tym, wtedy dokładnie w ten sposób będzie kreował nasze życie, warunki w jakich będziemy żyć.
Dlaczego Bóg od urodzenia nie dał nam takiej świadomości? Dlaczego na tym świecie jest tyle cierpienia? Dlaczego musimy przez to wszystko przechodzić, co nas w życiu złego spotyka? To nie oznacza, że Bóg jest zły lub nas opuścił. Zresztą słowa zły lub dobry nie są w stanie oddać istoty Boga, podobnie jak jakiekolwiek inne słowo. Tym, czym jest Bóg, nie da się wyrazić słowami. Jest to kwestia rozwiniętej świadomości. Ludzie oświeceni wiedzą, czym on jest, odczuwają jego istotę, mają jego świadomość A co z cierpieniem? Rodzi się ono z poczucia braku dostatku, miłości, radości, bliskości, zadowolenia itd. Jest ono skutkiem nie rozwiniętej, zawężonej świadomości.
Dla mnie rozwój duchowy to podnoszenie jakości życia poprzez wzrost świadomości dostatku materialnego i duchowego. To tym samym urzeczywistnianie Boga w życiu. Dla mnie najlepszym narzędziem do rozwoju duchowego jest medytacja. Kiedy ten rozwój się zakończy, wypełni? Po co w ogóle ten rozwój, cały ten proces wzrostu świadomości i przechodzenia od bólu i cierpienia do radości i szczęścia? Po co to wszystko, kogo był to pomysł?

PRZYGODA DUSZY

Są to pytania, na które odpowiedzi przychodzą w miarę wzrostu rozwoju duchowego, poszerzania świadomości, podczas medytacji. Ale już samo rozumowe wyjaśnienie może pomóc w procesie dochodzenia do zrozumienia celu, sensu oraz istoty życia. Opowiada o tym bajka "Przygoda Ziemskich Aniołów" autorstwa Ewy Foley napisana dla uczestników prowadzonych przez nią warsztatów, która została nagrana na kasecie. Mówi o tym, że zanim jeszcze istniał czas, było królestwo zwane błogostanem. Panowały w nim radość, pokój i miłość. Jego istotą była doskonałość, więc nie było tam żadnych problemów. Jednakże aniołom nudził się ten stan i zapragnęły nowego doświadczenia. Tak przedstawia się wstęp tej bajki. Właśnie doświadczenie leży u podstaw rozwoju duchowego. Doświadczenie tego, czym nie jest miłość, radość, spokój, pozwala duszy na ubogacenie jej doświadczeń, poszerzenie jej świadomości, doświadczenie pełni. Wreszcie też głębsze poznanie, jak gdyby docenienie tego czym jest miłość, harmonia, radość. Poprzez kolejne wcielenia dusza doświadcza raz nadmiaru obfitości i rozpusty, innym razem ubóstwa i ascezy. Podobnie jest z innymi aspektami życia. Od jednej skrajności do drugiej. W ten sposób przychodzi zrozumienie, że jedno i drugie nie jest tym, co może dać szczęście. Przychodzi zrozumienie, że dać szczęście może środek pomiędzy jednym a drugim. Ale nie jako optymalne rozwiązanie, trochę mniej niż rozpusta i trochę więcej niż ubóstwo, ale jako nowa jakość doświadczona w stanie medytacji. Tym dla mnie jest rozwój duchowy.

Tomasz Nawrot

ponadto:
…Bądź otwarty na tajemnicę swojej życiowej drogi. Zadaj sobie pytanie: - Jeżeli kościelny opis rzeczywistości i definicja sensu życia nie jest prawdziwe, to w takim razie, co jest prawdą?
Pomimo niepewności, która nas dręczy, nie chcemy już, by ktokolwiek kontrolował naszą rzeczywistość tak, jak to robił kiedyś Kościół, - żyjesz po to, by zdać duchowy egzamin. Kościół tłumaczy ci, że Bóg umieścił człowieka w centrum wszechświata w jednym tylko celu: by osiągnął zbawienie. Podczas tej wielkiej próby, jaką jest życie, musisz wciąż wybierać między dwoma potężnymi mocami: Bogiem, i pokusami szatana. Jednak jako jednostka masz nie wiele do powiedzenia. Wszystkim zajmuje się Kościół. To kler za ciebie tłumaczy Pismo Święte, i w każdej chwili mówi ci, czy postępujesz zgodnie z boskimi prawami, czy oszukuje cię diabeł. Jeśli przestrzegasz ich nakazów, to możesz być pewien, że po śmierci czeka cię nagroda. Jeżeli jednak nie utrzymasz się na ścieżce, którą ci wyznaczyli, to.., no cóż, zostaniesz wyklęty i skazany na wieczne potępienie. Niepokoi cię jednak, że kler uważa się za jedynego pośrednika pomiędzy Bogiem, a tobą. Tylko im wolno interpretować Biblię, tylko oni przesądzają o twoim zbawieniu…

… Wszystkie religie są przecież wyrazem ludzkiego poszukiwania związku z wyższym źródłem, i wszystkie mówią o postrzeganiu Boga w sobie, przyjmowaniu Go w siebie, co daje poczucie pełni, sprawia, że stajemy się kimś więcej, niż jesteśmy. Religie wkroczyły na błędną drogę w chwili, gdy zaczęto wyznaczać przywódców, którzy mieli interpretować wolę Boga, zamiast wskazywać im drogę do odnalezienia Go w sobie….
James Redfield – „Niebiańska przepowiednia”
Nie czuję się powołana, aby dyskutować na temat religii, gdyż jest to bardzo osobista sprawa dla każdego człowieka, przytaczam jedynie fragment powyższej publikacji.

Natomiast duchowość, to system wartości ważny dla każdego człowieka, i w zależności od tego – jakie wartości są dla niego ważne, niezależnie czy to będzie duchowość muzułmanina, czy chrześcijanina. System wartości, na który mogą składać się – uczciwość, pokora, czynienie dobra na rzecz człowieka w potrzebie, szacunek… może być jednakowy dla różnych wyznań.

pozdrawiam





Na to dane mi są oczy, bym zauważała innych. Uszy, bym ich słyszała. Nogi, bym do nich spieszyła. Ręce, bym ich podtrzymywała. Serce, bym ich kochała.
^dromax
Użytkownik lokalny

Napisanych postów: 491
Ostatni post: 2010-10-04 21:48:22

Ostrzeżenia: 100%

Odwiedź stronę domową autora Napisz prywatna wiadomosc do tego autora
5. RE: Krok IIII - Pozwolę, aby mi pomogli Odpowiedz
2010-03-26 21:08:31 | URL: #
    ^jaras napisaďż˝/a:
> Dromaks, przecież w 3 Kroku nie chodzi o
> poszukiwania religijne. Najkrócej mówiąc chodzi
> tu jedynie o uświadomienie sobie, że to wszystko
> wokół ma jakiś sens i że możemy do niego dołączyć
=====================
ja po prostu skupiłem się tylko na konkretnym fragmentem zacytowanym z Marianny.

^marianna
Użytkownik lokalny

marianna

Napisanych postów: 5664
Ostatni post: 2013-08-24 20:56:27



Napisz e-mail do autora Napisz prywatna wiadomosc do tego autora
6. RE: Krok IIII - Pozwolę, aby mi pomogli Odpowiedz
2011-03-02 00:41:06 | URL: #
    I znów rozważamy Krok Trzeci - tak jak go rozumiemy.
Trzeci Krok to krok działania.
Wiem już, że jestem bezsilna wobec alkoholu. Wiem również, że sama nie dam rady, ale jest Ktoś do kogo mogę zwrócić się o pomoc. I działam.
Nie wyrywam kierownicy życiowej, lecz zawierzam Bogu, jakkolwiek Go pojmuję. To jest o wiele bezpieczniejsze.
Zgoda na udzielenie pomocy spowodowała, że czuję się zaopiekowana. Nic nie może mi się stać złego, kiedy trzymam się Ręki Boskiej.
Nie muszę kombinować w życiu, nie muszę wymyślać nowych kłamstw usprawiedliwiających moje zachowania podczas picia. Nie muszę pić, aby przeżyć dzień.
Jakie to proste - nie muszę nic jestem wolna.
Wystarczyło zawierzyć... i stał się cud.


Na to dane mi są oczy, bym zauważała innych. Uszy, bym ich słyszała. Nogi, bym do nich spieszyła. Ręce, bym ich podtrzymywała. Serce, bym ich kochała.
^marianna
Użytkownik lokalny

marianna

Napisanych postów: 5664
Ostatni post: 2013-08-24 20:56:27



Napisz e-mail do autora Napisz prywatna wiadomosc do tego autora
7. RE: Krok IIII - Pozwolę, aby mi pomogli Odpowiedz
2011-03-07 11:34:54 | URL: #
    PORADNIK: JAK STOSOWAĆ PROGRAM AA

KROK TRZECI

”Postanowiliśmy powierzyć naszą wolę i nasze życie opiece Boga, jakkolwiek Go pojmujemy”



pokochać siebie
Jako dzieci próbujemy tworzyć siebie na potrzeby rodziców. Próbujemy dopasować się do ich wymagań wobec nas. Tworzymy doskonały obraz po to by być wystarczająco dobrymi dla naszych rodziców, potem nauczycieli, przyjaciół, przełożonych...
Boimy się odrzucenia, pragniemy być akceptowani, więc zakładamy maski. Tworzymy takie maski na każde potrzeby, bo wydaje nam się, że tak właśnie powinniśmy postępować.
Jednak nigdy nie jesteśmy wytworzonym obrazem. Powstaje wewnętrzny konflikt. Przestajemy zauważać siebie i być sobą, tymi elementami bez maski. Przestajemy się zachowywać tak jak chcemy i robić to co chcemy naprawdę. Następuje odrzucenie siebie. Stajemy się niewolnikami i trudno tu mówić o szczęściu...

Efektem tego jest coś co często nazywane jest "lustrem". Projektujemy na zewnątrz nasze braki i niedoskonałości. Można to wykorzystać na dwa sposoby. Trwać w odrzucaniu lub wprowadzać zmiany w sobie.
Odrzucanie polega na krytykowaniu i pouczaniu innych, na ślepocie, że chodzi o nas samych. Zmiany na zauważaniu, że "coś w tym jest" i przyjrzeniu się co można w sobie polepszyć, bo sami nie jesteśmy w stanie zobaczyć co jest do uleczenia w sobie. Widzimy to w otaczających nas ludziach. Celem takiego widzenia jest akceptacja siebie i pokochanie siebie takimi, jakimi jesteśmy naprawdę.
Wymaga to uczciwości wobec samych siebie, a nie wobec innych, pokory i ciągłej uwagi. Takie projektowanie jest odruchowe, nie jesteśmy tego do końca świadomi i czasem trudno nam je rozpoznać. Nie dowierzamy lub ignorujemy znaki. W rzeczywistości nic nie dzieje się na zewnątrz, to wszystko dzieje się w nas, a pojawiający się ludzie mają nam pomóc
zauważyć to co warto w sobie zmienić.
Spojrzenie w głąb siebie, zobaczenie siebie i własnego zachowania, widzenie jakie to jest naprawdę pomaga odzyskać swoją własną moc do działania. Stajemy się niezależni i prawdziwi. Akceptujemy siebie i kochamy. Nic nie jest w stanie nas wytrącić z równowagi.

To nazywam swoją nową wolnością i swoim nowym szczęściem.



Na to dane mi są oczy, bym zauważała innych. Uszy, bym ich słyszała. Nogi, bym do nich spieszyła. Ręce, bym ich podtrzymywała. Serce, bym ich kochała.
^marianna
Użytkownik lokalny

marianna

Napisanych postów: 5664
Ostatni post: 2013-08-24 20:56:27



Napisz e-mail do autora Napisz prywatna wiadomosc do tego autora
8. RE: Krok IIII - Pozwolę, aby mi pomogli Odpowiedz
2011-03-14 12:29:44 | URL: #
    PORADNIK: JAK STOSOWAĆ PROGRAM AA

KROK TRZECI
Postanowiliśmy powierzyć naszą wolę i nasze życie opiece Boga, jakkolwiek Go pojmujemy.


Życie bez wódki
Moje życie
Usłane trupami
Co ujrzeli swe dno
Tu na ziemi
Dobrzy, głupi i wykształceni
Twardzi jak stal i granit
Odchodzili z tej ziemi
W zaświaty
Jak szmaty
I padali w piwnicach
Na ulicach
I w polu
Od pitego wciąż alkoholu
I totalnie zniszczonym życiem
Swój rachunek płacili za picie
I okrutnie, jak gdyby dla kpiny
Zostawiali rozbite rodziny
Mi widocznie nie dane było
Żeby życie me tak się skończyło
Na rozstajach mych różnych dróg
Drogowskazy stawiał mi Bóg
i widocznie na takie zamiary
Żebym mógł wykorzystać te dary.
(Roman „Eleusis”

(zaczerpnięte z miesięcznika regionu AA Warta)



Na to dane mi są oczy, bym zauważała innych. Uszy, bym ich słyszała. Nogi, bym do nich spieszyła. Ręce, bym ich podtrzymywała. Serce, bym ich kochała.
^ela_102
Moderator

ela_102

Napisanych postów: 11102
Ostatni post: 2018-02-12 09:49:47
GG: 7471670



Napisz e-mail do autora Odwiedź stronę domową autora Napisz prywatna wiadomosc do tego autora
9. RE: Krok IIII - Pozwolę, aby mi pomogli Odpowiedz
2011-03-14 20:23:46 | URL: #
    W zrozumieniu kroku trzeciego, może być pomocny ten tekst, w oryginale napisany przez
O. Anselma Grüna OSB,
benedyktyna z opactwa w Münsterschwarzach, rekolekcjonistę, kierownika duchowego, autora licznych publikacji z zakresu życia duchowego


Przynajmniej mi pomógł i cieszę się, że znalazłam go w necie

Jak przekroczyć siebie, aby powierzyć się Bogu?

W człowieku istnieje pewna fundamentalna tęsknota do przekraczania siebie i jednoczenia się z Bogiem. Tęsknota ta skłania człowieka do modlitwy, medytacji, ascezy. Człowiek dopiero wtedy staje się człowiekiem, kiedy zjednoczy się z Bogiem. Jest to głębokie przekonanie wielu ludzi prowadzących intensywne życie duchowe. Powstaje pytanie, w jaki sposób człowiek może przekroczyć samego siebie oraz swoje ludzkie granice? Czyż człowiek nie pozostaje zawsze w granicach własnego człowieczeństwa? Czy może w ogóle dosięgnąć Boga, czy też pozostaje jedynie więźniem własnych wyobrażeń o Bogu? Innym pragnieniem człowieka jest przezwyciężenie własnego lęku, aby móc żyć zaufaniem, a nie strachem. Jak przezwyciężyć nasz lęk, aby żyć życiem płynącym z zaufania Bogu? W jakim stopniu Bóg umożliwia nam życie płynące z zaufania, a nie z lęku. Tej problematyce chciałbym poświęcić swój artykuł. Chciałbym wskazać drogi, których nauczyła nas tradycja życia duchowego, a które pomagają zaufać Bogu i stać się z Nim jednością.

Uwolnienie

Wielu ludzi "trzyma się" kurczowo samych siebie. Lękają się utraty samych siebie oraz kontroli nad sobą. Mają potrzebę kontroli własnych uczuć, aby się im nie poddać. Paradoks jednak polega na tym, że temu, kto chce wszystko kontrolować, z pewnością wszystko wymknie się spod kontroli. Kto stara się kontrolować własne uczucia, z pewnością znajdzie się w sytuacji, w której w sposób nieopanowany wyładuje swoją agresję na otoczeniu. Kto chciałby kontrolować relacje międzyludzkie z pewnością je zniszczy. Kto chciałby poddać kontroli swoją relację z Bogiem, skrupulatnie wypełniając wszystkie swoje obowiązki, ten nigdy nie zbuduje autentycznej więzi z Bogiem. Nigdy tak naprawdę nie doświadczy i nie odczuje Boga. Tego bowiem, co w nas wypieramy, zabraknie nam do żywej więzi z Bogiem.

Kto kurczowo trzyma się siebie, wyraża to najczęściej już w postawie swojego ciała. Chodzi z wysoko uniesionymi ramionami. Jest zamknięty w sobie, ponieważ boi się, że utraci kontrolę nad samym sobą, coraz bardziej zamyka się w sobie i zastyga w bezruchu. Stykam się z ludźmi pobożnymi, którzy mimo iż prowadzą życie duchowe, nie stali się przez to bardziej ufni. Zbudowali raczej pewien system praktyk religijnych, który służy wyparciu głęboko zakorzenionego w nich lęku. Wyparte uczucia znajdują jednak swój wyraz w sztywnej postawie ciała lub cielesnym zastygnięciu w bezruchu. Przez pancerz, którym otoczyli własne ciało, nie są w stanie przedrzeć się żadne uczucia.

Droga wyjścia z tego diabelskiego kręgu polega na uwolnieniu się od siebie samego. Potrafię jednak uwolnić się od siebie samego tylko wtedy, kiedy zaufam drugiemu człowiekowi. U boku człowieka, któremu ufam mogę się uwolnić. Kiedy weźmie mnie w ramiona, mogę zrezygnować ze swoich mechanizmów kontroli. Wiem, że chce dla mnie dobrze, że u jego boku nic nie może mi się złego przytrafić. Uwolnienie zakłada więc, że uwalniając się, nie wpadam w jakąś pustkę, lecz oddaję się Bogu. Zakłada ono świadomość zaufania. Mogę to uwalnianie siebie ćwiczyć. Z uczestnikami moich kursów ćwiczę je najczęściej w formie swoistej gimnastyki. Jedna z dróg uwalniania się prowadzi przez oddech. Kiedy świadomie oddycham, mogę poprzez oddech uwolnić się od moich lęków, mego niepokoju, wielu moich myśli, tak by otworzyć się na Boga. Kto kurczowo trzyma się samego siebie, nie potrafi najczęściej w sposób wolny oddychać. Blokuje swój oddech.

Inna droga prowadzi poprzez skórę oraz mięśnie. Zapraszam uczestników moich spotkań, by położyli się na kocu i wyobrazili sobie, że nie leżą jedynie na podłodze, ale znajdują się w ręku Boga. Potem po kolei przechodzimy wszystkie partie ciała. Wczuwam się w swoje nogi, czy jeszcze się ich kurczowo trzymam, czy nie kurczę łydek. Skurcz w łydkach wskazuje często, że poddaję się własnej presji, potrzebie udowadniania innym kim jestem i że coś znaczę. Wczuwam się w swoje plecy. Tu właśnie wielu odczuwa sztywność, ponieważ uczucia, których nie dopuszczają do siebie, odkładają się tam niczym na wysypisku śmieci. Kiedy wyobrażę sobie, że ręka Boża mnie tam dotyka i trzyma pełna miłości, wtedy mogę uwolnić się od swoich mechanizmów wyparcia, mogę wtedy puścić się i wpaść w ramiona Boga. To mnie uwolni. Wtedy czuję, że dzięki uwolnieniu się, wzrasta moje zaufanie. Czuję, że Bóg mnie unosi, akceptuje, kocha. Nie muszę niczego specjalnego dokonywać. Mogę po prostu być. Jestem w Bogu, przez Boga miłowany i akceptowany. Jestem w pełnych dobroci rękach Boga.

Niektórzy kurczowo trzymają się swojej przeszłości, na przykład swoich zranień, jakich doznali w życiu. Kręcą się wciąż wokół swoich zranień i tak uniemożliwiają otwarcie się na Boga. Inni znowu trzymają się kurczowo swoich przyjemnych uczuć, których doznali w czasie nabożeństw. Doznają później rozczarowania, kiedy nadal ich nie przeżywają.

To kurczowe trzymanie się uczuć z przeszłości czyni tych ludzi niezdolnymi do spotkania Boga obecnego tu i teraz. Bóg jest również wtedy obecny, gdy nic się nie czuje. Bóg może też dziś wywoływać we mnie inne uczucia niż przed dwudziestu laty. Muszę uwolnić się od mojej przeszłości, aby spotkać Boga obecnego w teraźniejszości i Mu się powierzyć.

Zapomnienie o sobie

Znam wielu pobożnych ludzi, którzy chcieliby nauczyć się ufać Bogu. Modlą się o to zaufanie i przeżywają rozczarowanie, że Bóg im go po prostu nie udziela. Są tak przywiązani do swojego doświadczenia zaufania Bogu, że sami uniemożliwiają sobie to doświadczenie. W swoich modlitwach krążą wokół samych siebie. Nie chodzi im o Boga, a jedynie o samych siebie, o pokonanie własnego lęku, o większą ufność, o lepszą jakość życia. Używają Boga jedynie do tego, aby lepiej im się wiodło. Ale to zatrzymuje ich jedynie na samych sobie. Nie przekraczają własnych granic, aby wejść w rzeczywistość Bożą. W ich modlitwach chodzi im jedynie o ich uczucia, nie zaś o Boga.

Najważniejszym warunkiem, jaki trzeba spełnić, aby wejść w Bożą rzeczywistość, jest zapomnienie o sobie. Paradoksem jest jednak, że sam nie potrafię tego uczynić. Kiedy chciałbym ćwiczyć się w zapomnieniu o sobie, wtedy chciałbym wyczuć ten punkt, w którym zapominam o sobie. Chciałbym to kontrolować. I w ten sposób odnoszę całkowitą porażkę. Mogę zapomnieć o sobie tylko wtedy, kiedy skieruję swoją uwagę na coś całkiem innego i temu się oddam. Oddaję się Bogu, kiedy spoglądam tylko na Niego a nie nieustannie na siebie. Dobrym sposobem ćwiczenia się w tym jest adoracja eucharystyczna. Wpatruję się w hostię, przemieniony chleb. W tym chlebie widzę miłość Boga, który stał się człowiekiem. Kiedy już całkowicie pogrążony jestem w kontemplacji, wtedy zapominam o sobie. W kontemplacji dokonuje się moja przemiana w obraz, który jest jej przedmiotem. Dokonuje się moja przemiana w Jezusa Chrystusa, którego kontempluję w chlebie eucharystycznym. Kto przeżył kiedyś fascynujący zachód słońca, ten tak pogrążony był w kontemplacji tego zjawiska, że zapomniał o samym sobie. W tym momencie przekroczył swoje granice. Był wtedy cały w Bogu, przepełniony Jego wspaniałością.

Innym sposobem ćwiczenia się w zapominaniu o sobie byłyby gesty modlitewne. Kiedy upadam przed Bogiem, wtedy mogę upuścić również to wszystko, do czego jestem przywiązany. Przestaję się wtedy zastanawiać nad tym, co mi to daje, jaki ma to na mnie wpływ. Po prostu upadam przed Bogiem, gdyż jest Bogiem. Nie pragnę niczego od Boga. W tym upadaniu przed Nim uznaję Go jako Boga. Paradoksalnie, kiedy rezygnuję z nieustannego kręcenia się wokół siebie samego, kiedy po prostu upadam przed Bogiem, ponieważ jest Bogiem, kiedy zapominam w Bogu o sobie samym, właśnie wtedy w pełni istnieję i jestem całkowicie sobą. Będąc w Bogu, powracam do siebie, do mojego prawdziwego jestestwa, do obrazu, jaki Bóg ma o mnie. Kiedy zapominam o sobie, wtedy pozostawiam za sobą swoje własne granice. Przekraczam siebie w Bogu. Mógłbym również powiedzieć: pogrążam się w Bogu. Jestem w Bogu. To jest właśnie celem wszelkiej modlitwy, wszelkiej adoracji.

Milczenie

Wydaje się nam może, że to proste, stać w milczeniu przed Bogiem. A jednak milczenie jest trudną drogą. Wtedy bowiem, dopiero kiedy zaczynam milczeć, spotykam samego siebie. Wtedy hałas moich myśli zaczyna mnie niepokoić. Wtedy wiele rzeczy ujawnia się we mnie. Milczenie prowadzi w trzech etapach do zjednoczenia z Bogiem. Pierwszy etap polega na spotkaniu samego siebie. W milczeniu rozpoznaję to, co we mnie tkwi. Mam to jednak nie tylko rozpoznać, ale również pojednać się z tym, przyjąć to wszystko, co we mnie jest. Drugi etap polega na uwolnieniu się. Widzę to, co się we mnie ujawnia i pozostawiam to na boku. Mogę się uwolnić tylko od tego, co przyjąłem, zaakceptowałem. Trzeci etap milczenia polega na zjednoczeniu się z Bogiem. Dokonuje się to tylko przez moment. Z czystym milczeniem mamy wtedy do czynienia, kiedy zamilkną myśli. Wtedy mogę zjednoczyć się z Bogiem. Myśli nie przeszkadzają w relacji między mną a Bogiem.

Zjednoczenie z Bogiem w milczeniu może dokonać się w dwojaki sposób. Mogę stanąć przed Bogiem i po prostu na Niego spoglądać, jak czyni to dwoje kochających się ludzi, którzy poglądają na siebie i w milczeniu się jednoczą. Panuje wtedy bardzo intymna cisza, milczenie przed Bogiem, który z miłością na mnie spogląda. W tym pełnym miłości spojrzeniu uspokajam się wewnętrznie. Wtedy jednam się z samym sobą i przeżywam jednocześnie zjednoczenie z Bogiem, przed którym stoję. Druga droga polega na wejściu w wewnętrzną przestrzeń milczenia, o której mówi mistyka. Jest to owa przestrzeń ciszy, która jest we mnie. Nie potrzebuję jej tworzyć. Ona już jest. Zbyt często jestem jednak od niej odcięty. Tam mieszka we mnie Bóg. Kiedy dotykam tej wewnętrznej przestrzeni ciszy, jednoczę się z Bogiem, który we mnie mieszka. Tam, gdzie mieszka we mnie Bóg, nie ma miejsca na moje myśli, tam nie są w stanie dotrzeć ludzie z ich ocenami i osądzaniem, ludzie z ich oczekiwaniami i życzeniami nie mają tam władzy nade mną. Nie może tam również dotrzeć mój wewnętrzny niepokój. Wszystko tam staje się jednym: Bóg i ja sam, świat i ja, Bóg i świat. Ale owo przeżycie tego pełnego zjednoczenia jest możliwe tylko w ułamku sekundy. Później znika. Zostaję wtedy ponownie skonfrontowany ze swoim niepokojem i własnymi myślami. Jestem w obrębie własnych ludzkich granic.

Zaufanie Bogu

Modlitwa, powiada Ewagriusz z Pontu, prowadzi do zaufania: "Kiedy naprawdę się modlisz, wtedy rodzi się w tobie głębokie uczucie zaufania. Aniołowie będą ci towarzyszyli, objawiając sens całego stworzenia" (O modlitwie 80). Sama modlitwa jest już wyrazem zaufania. W modlitwie to zaufanie Bogu również wzrasta. Wielu ludzi modli się o to, by Bóg udzielił im tego zaufania. Wydaje się im, że Bóg powinien obdarować ich nim z zewnątrz. Zaufanie jednak musi wzrastać. Wzrasta kiedy się w nim ćwiczymy. Z zaufaniem do Boga jest tak, jak z zaufaniem do człowieka. Kiedy ufam człowiekowi, rośnie moje zaufanie do Boga. Kiedy jednak nie mam do kogoś zaufania, zamykam się w sobie. Mogę wtedy nawet bardzo prosić o to, abym potrafił zaufać. Jeśli nie potrafię udzielić drugiemu człowiekowi najmniejszego kredytu zaufania, nigdy nie zrodzi się ono we mnie.

Ufność Bogu uwalnia mnie od przepełnionego lękiem kurczowego trzymania się samego siebie. Nie oznacza ona jednak, że wszystko będzie dla mnie miało pomyślny koniec, że Bóg uchroni mnie przed wszystkimi problemami. Byłoby to bardzo naiwne podejście do zaufania. Zaufanie oznacza raczej: nie mam żadnej gwarancji, że wszystko mi się uda, że w moim małżeństwie nie będzie problemów, że będę zawsze zdrów, że nie spotka mnie żaden nieszczęśliwy wypadek. Jednak Bóg nigdy nie wypuści mnie ze swoich rąk. A temu, co we mnie najistotniejsze, nie może się nigdy nic złego przytrafić. Ponieważ moje prawdziwe ja jest w pełnym dobroci ręku Boga. Nawet śmierć nie jest w stanie mnie z niej wyrwać. Jestem w pełnym dobroci ręku Boga nawet w chorobie czy w śmierci. Muszę to zawsze mieć przed oczyma, wtedy moje zaufanie będzie rosło.

Zaufanie nie oznacza, że nie będzie we mnie więcej żadnego lęku. Niektórzy sądzą, że chrześcijaninowi nie wolno się nigdy lękać. Musi on całą swoją ufność pokładać w Bogu. Wtedy lęk zniknie. Jest to jednak brak realizmu. Zawsze poruszamy się pomiędzy tymi dwoma biegunami: lęku i zaufania. Zaufanie jest zawsze kolejnym przezwyciężeniem lęku. Nie dzieje się to jednak poprzez wyparcie lęku, ale poprzez przyjęcie lęku i pozwolenie sobie na strach. Wtedy mogę z moim lękiem wejść w kontakt i porozmawiać. Mimo całego mego zaufania, ciągle jeszcze lękam się wypadku czy ciężkiej choroby. Przeciwstawianie się temu lękowi nie ma sensu. Wtedy byłbym skoncentrowany na swoim lęku. Rozmawiam z moim lękiem, zdaję sobie pytanie, jaki on właściwie jest i czego dotyczy. Mogę wtedy przyznać: tak, boję się. Jednocześnie wiem, że wraz z moim lękiem trwam w Bogu. Wyobrażam sobie, że spotyka mnie to, czego tak się lękam, na przykład, że mam raka. Wtedy przedstawiam ten swój lęk Bogu. Rozmawiam z Bogiem o tym lęku. Wtedy na gruncie mego lęku wyrasta głębokie zaufanie, że również wtedy pozostanę w ręku Boga, że długość mego życia jest czymś względnym.

Jeśli przestanę walczyć ze swoim lękiem, może on ulec przemianie w głębokie zaufanie. Na gruncie własnego lęku nie wpadam w jakąś przepaść, lecz w rzeczywistość Boga. Tam na samym dnie, gdzie już nie mam niczego, Bóg trzyma mnie pełen dobroci w swoim ręku. Uwalnia mnie to od własnej presji, jaka każe mi przezwyciężać każdy lęk, że jako wierzący chrześcijanin nie powinienem się bać. Boję się i pozwalam mojemu lękowi doprowadzić się do Boga. Wtedy mój lęk doprowadza mnie do głębokiego zaufania, którego nikt już nie będzie mógł mi odebrać. Na gruncie własnego lęku udało mi się przekroczyć własne granice i dojść do Boga. I tam ufając Bogu, jestem bezpieczny.

Źródło


Rozmowa ze mną - Alkoholizm Kobiet
Moja strona - Prostownia



^ela_102
Moderator

ela_102

Napisanych postów: 11102
Ostatni post: 2018-02-12 09:49:47
GG: 7471670



Napisz e-mail do autora Odwiedź stronę domową autora Napisz prywatna wiadomosc do tego autora
10. RE: Krok IIII - Pozwolę, aby mi pomogli Odpowiedz
2011-03-20 12:33:48 | URL: #
   
Postanowiliśmy powierzyć naszą wolę i nasze życie opiece Boga, jakkolwiek Go pojmujemy”

Jak z tym u mnie na dziś?
Nieustannie wypracowuję w sobie postawę zaufania do tego co ma mi się przydarzyć, zwłaszcza kiedy pojawia się lęk o przyszłość.
Obserwuję i odczuwam od lat 8 - miu, że zajwisko to zapewnia mi poczucie bezpieczeństwa. Jest doznaniem strikte duchowym, psychicznym, a jednak ma też konkretny wymiar fizyczny. Objawia się on w braku kłopotów życiowych, jakie towarzyszyły mi przez większość mojego wcześniejszego życia. Po tych latach śmiało mogę wysunąć tezę, że moje niedowiarstwo, przemożna chęć sprawowania kontroli nad wszystkim i wszystkimi, czynienie z Boga kogoś, kto być może i istnieje, ale nie ma czasu na zawiadywanie moim losem, dlatego muszę się nim zajmować sama, było prawdziwym powodem wszystkich moich nieszczęść.
Mogę tak sądzić, nie dlatego, że mi "odbilo", ale dlatego, że zmiana nastawienia do Boga, powierzenie mu swojej woli i życia, wiara, że z naszej współpracy mogą wnikac jedynie profity, uczyniła moje życie, wolnym od wszelkich nieszczęść. Przez pierwsze 4 lata. bałam się o tym mówić. Uważałam, że może to być aktem pychy. Teraz traktuję to jako dzielenie się konkretnym doświadczeniem miłości Boga.
Czasami spotykam się z absurdalnymi w moim odczuciu zarzutami, wobec oddania się w ręce Boga. Ludzie temu przeciwni, twierdzą, że to akt lenistwa, strachu, wycofania się. Zrzucenia odpowiedzielności za siebie na kogoś innego. A dla mnie to jedynie akt wiary i pokory, bo dzięki niemu choć nie znam swojej przyszłości jestem z nią pogodzona. Bez względu na to, co ma mnie spotkać, jestem to w stanie przyjąć z wdzięcznością, bo wierzę, że pochodzi z rąk Boga i ma to czemuś konkretnemu służyć. To dotyczy jakiś nieprzwidzianych historii. Jednak współpracując z Bogiem mam ogromny wpływ na swoją przyszłość, która dla mnie ostatnimi laty jest bardzo łaskawa. Z pewnością nie była taka w czasach, gdy tej współpracy nie było, lub była niczym "pogotowie ratunkowe" - jak trwoga to do Boga. Porównanie tych dwóch żyć, nie zostwia mi żadnych wątpliwości, co do zasadności kroku trzeciego.

Ale nawet w sprawach duchowych, konieczna jest systematyczność i konsekwencja.


Rozmowa ze mną - Alkoholizm Kobiet
Moja strona - Prostownia



Wyświetlam 34 wiadomości na 4 stronach [<<< 1 2 3 4 >>>]


Użytkownik: Gość
Status: Niezalogowany

Statystyki
Na forum jest 1 użytkowników. W tym: 0 zalogowanych, 1 gości
Na forum znajduje się 102496 wiadomości w 2605 wątkach.

:: Odpowiedz :: Spis wątków :: Napisz nowy wątek :: Spis kategorii :: Szukaj :: Zaloguj się :: Przypomnij mi moje hasło! - Zarejestruj się